Dlaczego warto się radować


Jose Luis Martin Descalzo



Budowniczowie mostów

Ze wszystkich tytułów, które są przyznawane na świecie, najbardziej podoba mi się tytuł Pontyfik, co znaczy dosłownie budowniczy mostów. Tytuł, który - nie wiem dlaczego - przylgnął jedynie do biskupów oraz papieży, a który w starożytności chrześcijańskiej odnosił się do wszystkich kapłanów i który, zgodnie z logiką, pasował do wszystkich osób żyjących z otwartym sercem.
Jest to tytuł, który wprawia mnie w zachwyt, ponieważ nie ma piękniejszej pracy niż zajmowanie się przerzucaniem mostów ku ludziom i ku rzeczom. Zwłaszcza w czasach, w których szczególnie często można spotkać budowniczych zapór. W świecie pełnym głębokich wykopów, cóż może być lepszego od poświęcenia się zadaniu budowania ponad nimi kładek?
Jednak stawianie mostów - a zwłaszcza służenie za most -jest zadaniem bardzo trudnym. I nie da się go wypełnić bez dużej dozy poświęcenia. Mostem jest ktoś, kto jest wiemy obu brzegom, ale kto nie należy do żadnego z nich. Tak więc, kiedy prosi się księdza, aby był mostem między Bogiem i ludźmi, prawie się go zmusza, aby był trochę mniej człowiekiem, aby tymczasowo zrezygnował ze swej ludzkiej kondycji i podjął się tej niełatwej misji pośredniczenia i transportu z brzegu na brzeg.
Ale chociaż most nie należy w całości do żadnego z dwóch brzegów, musi być mocno osadzony na obydwu z nich. Nie jest brzegiem, lecz jest na nim wsparty. Być mostem oznacza rezygnację z całej wolności osobistej. Tylko wtedy można się przydać, kiedy się takiej rezygnacji dokonało.
Rzecz oczywista, bycie mostem drogo kosztuje. Jest to zawód, za który płaci się znacznie więcej, niż się zarabia. Mostem może być przede wszystkim ktoś, kto wytrzymuje ciężar tych, którzy po nim przechodzą. Wytrzymałość, odporność i solidność są jego zaletami. W wypadku mostu mniej liczą się piękno i sympatia - aczkolwiek urzekającą rzeczą jest piękny most - a liczy się, przede wszystkim, jego zdolność użytkowa, jego przydatność.
A most żyje wśród niewdzięczności: nikt przecież nie zatrzymuje się, aby żyć na mostach. Człowiek używa ich, aby przejść, po czym osiedla się na drugim brzegu. Kto oczekuje serdeczności, może-już poszukać sobie innego zawodu. Pośrednik kończy swoje zadanie w chwili, kiedy dokonał mediacji. Jego późniejszym losem jest zapomnienie.
Co więcej, most jest pierwszym obiektem, który bombarduje się podczas wojen, kiedy spierają się ze sobą obydwa brzegi. Stąd też świat pełen jest zniszczonych mostów.
Mimo to, drodzy przyjaciele, jak wspaniały to zawód: być mostem między ludźmi, między rzeczami, między ideami, między pokoleniami. Świat przestałby nadawać się do zamieszkania w dniu, kiedy byłoby na nim więcej kopaczy głębokich dołów niż budowniczych mostów.
Trzeba przerzucać mosty, przede wszystkim ku nam samym, ku naszej własnej duszy, która- biedaczka - tylekroć jest odosobniona w naszym wnętrzu. Most szacunku i akceptacji samych siebie, most, dzięki któremu nie będziemy wewnętrznie podzieleni, co zmieniałoby nas w neurotyków.
Most ku innym. Nigdy nie zapomnę najlepszej lekcji retoryki, której udzielono mi kiedy byłem studentem. A udzielił mi jej jeden z moich profesorów, który powiedział: "Nie mów nigdy do ludzi; mów z ludźmi". Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, że mówca, który nie przerzuca mostów "tam i z powrotem" ku swojej publiczności, nigdy nie będzie słuchany z uwagą. Jeżeli natomiast ustanowi dialog pomiędzy swoim głosem i tym elektrycznym fluidem, który wypływa ze słuchaczy i przekazywany jest mówcy poprzez ich oczy, doprowadzi wówczas do tego cudu komunikacji, który tak rzadko udaje się osiągnąć.
Zrozumiałem wtedy również, że nie można kochać nie stając się mostem; to znaczy, nie wychodząc z samego siebie. Podoba mi się definicja miłości, którą podaje Leo Buscaglia: "Ci, którzy kochają, to ci, którzy zapominając swych własnych potrzebach". To prawda:
nie kocha się bez "postawienia stopy" na terytorium drugiej osoby, bez częściowej "utraty oparcia dla stopy" na własnym brzegu.
Błogosławione rzemiosło służenia za most między osobami o różnych poglądach, o różnych skalach wartości, w różnym wieku i różnego wyznania! Szczęśliwy dom, w którym jeden z mieszkańców ma takie pontyfikalne powołanie!
I jeszcze wielki most pomiędzy życiem i śmiercią. Thornton Wilder mówi w jednej ze swoich komedii, że na tym świecie są dwa wielkie miasta, miasto życia i miasto śmierci oraz że obydwa są połączone - i podzielone - mostem miłości. Większość ludzi, choć uważają się za żywych, mieszka w mieście śmierci, mają niedaleko od siebie miasto życia, ale nie decydują się na przekroczenie mostu, który ich od niego dzieli. Kiedy się kocha, zaczyna się mieszkać, bez dodatkowych warunków, w mieście życia.
Najgorsze jest to, że większości ludzi podobają się jedynie mostki łączące świąteczny czwartek z końcem tygodnia i tworzące tzw. długi weekend.