Nasza Wspólnota nr 50 maj 2002 str.2

CZŁOWIEK ODDANY BOGU I LUDZIOM

Lekarz medycyny JAN LITWIN urodził się w styczniu 1942 roku w Iwoniczu. Bardzo wcześnie osierocony przez ojca, pozostał tylko ze swoją mamą, którą kochał bez reszty. W roku 1949 został zapisany do I klasy Szkoły Podstawowej w Iwoniczu. Do I Komunii Świętej przygotowany został przez czcigodnego ks. Proboszcza Iwonicza, Erazma Skórnickiego, dnia 10 czerwca 1951 roku. Już w szkole podstawowej dał się poznać jako dobry uczeń i kolega. Od najmłodszych lat wspólnie ze swoją mamą wykonywał ciężkie prace polowe. To one były głównym źródłem utrzymania jego i mamy. Od klasy trzeciej został ministrantem. Tą piękną służbę kontynuował aż do matury. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Iwoniczu, po zdanym egzaminie wstępnym, został przyjęty do Liceum Ogólnokształcącego w Iwoniczu Zdroju. W iwonickim Liceum był dobrym i bardzo dobrym uczniem. Szczególnie fascynowała go matematyka - brał udział w wielu konkursach matematycznych. Oprócz matematyki uwielbiał jazdę na nartach. W wolnym czasie przychodził do mnie, aby pojeździć na " Kondusiowej Górze..." Miał też pecha w klasie IX. Poszliśmy po lekcjach kąpać się na basen. W czasie kąpieli dostał skurczu mięśni, lecz cała ta impreza zakończyła się dobrze. W czasie częstych koleżeńskich rozmów mówił, że pójdzie na księdza, co było widać po jego zachowaniu i modlitwie. W ostatniej chwili zrezygnował i po zdanej maturze w 1960 roku, beż żadnej protekcji, dostał się na Akademię Medyczną w Krakowie i tu jest także pierwszym studentem. W czasie wakacji nie odpoczywał, pomagał mamie w prowadzeniu gospodarstwa, wykonywał wszystkie prace. W wolnym czasie od prac polowych szedł do pracy na budowy, aby zarobić troszkę grosza na naukę. Dyplom lekarza medycyny, z wyróżnieniem, otrzymał w 1966 roku. Władze akademii proponowały mu pozostanie na uczelni, ale nie pozostał, bo dla Janka liczyła się opieka nad mamą i praca blisko domu. Pracę podjął w Szpitalu Powiatowym w Jaśle na oddziale chirurgii, całkowicie oddany pacjentom. Można to było usłyszeć od tych. których w tym czasie leczył w szpitalu. Po. pewnym czasie nie spodobał się władzom, bo był lekarzem o wielkiej wiedzy, inteligencji i dobroci dla pacjentów. Został przeniesiony do pracy w Sanatorium Przeciwgruźliczym w Foluszu. Tu od samego początku dał się poznać jako wybitny specjalista, fachowiec, przyjaciel ludzi. Znały go całe okolice Nowego Żmigrodu, Dębowca. Mówiono dr. Litwin to "doktor Judym". Dziesiątki ludzi uratował od gruźlicy. Przypomina mi się także wydarzenie z Kątów, Były to lata siedemdziesiąte. Dr Jasiu Litwin pełnił dyżur na pogotowiu ratunkowym w Jaśle. W Kątach zdarzył się wypadek. Spłoszone konie staranowały Pana Sochackiego. To właśnie dr Jasiu wiózł go w karetce do szpitala w Jaśle. Po pół godzinie usłyszałem głos w słuchawce telefonu "on mi zmarł na rękach, wszystko robiłem, aby go uratować..." Następnie dr Jasiu Litwin pracuje w Powiatowej Poradni Przeciwgruźliczej w Jaśle. Po kilku latach pracy w tej poradni, przenosi się do pracy w Iwoniczu Zdroju, -nie z własnej woli, ale woli władz. Często się zdarza, że człowiek oddany swojej pracy, znający swoje posłannictwo musi ponieść cierpienie spowodowane zazdrością władz w jasielskim ZOZ. Dobrze się stało, że wrócił do swoich rodaków, których tak kochał. Jego posługa lekarska niosła ukojenie dla cierpiących o każdej porze dnia i nocy. Posługa ta odbywała się również telefonicznie. Nie czekał na samochód, szedł pieszo, by dotrzeć na czas do swoich pacjentów z pomocą. Zapamiętamy na zawsze jego pochyloną sylwetkę z teczką w ręce,w której miał podręczne przyrządy potrzebne do pracy. Nikomu nie odmówił swojej posługi i jego diagnoza lekarska ratowała życie. Człowiek oddany Bogu- już od najmłodszych lat służył Mu jako ministrant, klęczał przy balaskach w Kościele Parafialnym w Iwoniczu- czytając Ministrancki Modlitewnik. W czasie studiów w Krakowie codziennie wstępował do Kościoła Franciszkanów, by podziękować za to, co otrzymał od Boga. Miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej. Bardzo często pielgrzymował do Sanktuarium Maryjnego w Dębowcu i Skalniku- "Królowej Gór". W rozmowie twierdził, że tam nabiera sił do pracy zawodowej i pracy w domu rodzinnym. Przez ten wielki kontakt z Matką Boga, stał się czcicielem Jezusa Miłosiernego, któremu oddał swoje życie jako wzorowy mąż, ojciec i lekarz. Kochał także książki. W jego dużym zbiorze znalazły się książki związane ze swoim zawodem, książki literatury polskiej oraz olbrzymi zbiór książek religijnych. W czasie odwiedzin na tydzień przed śmiercią powiedział mi: "cierpię, bo taka jest wola Boga, którego kocham. Jeżeli mnie zabierze do Siebie, to nie mam żadnych obaw, że mnie odrzuci, bo w krótkim czasie swojego życia spełniłem, co mi zlecił. Przekazał pozdrowienia dla całego ukochanego Iwonicza, przyjaciół i wrogów.

Odszedł do Pana w dniu 15.04.2002 roku o godz. 15.00. Nabożeństwo pogrzebowe odbyło się 22.04.2002 roku w Kościele Parafialnym w Jaśle O. Franciszkanów. W tej smutnej uroczystości pogrzebowej udział wzięli Iwoniczanie pod przewodnictwem swojego proboszcza ks. Prałata i Dziekana Kazimierza Piotrowskiego, który uczestniczył w całej celebrze pogrzebowej. cmentarzu nad mogiłą mowę pożegnalną wygłosił Burmistrz Gminy Iwonicz Piotr Komomicki. W czasie mszy Świętej oprawę śpiewu prowadził Marek Jarmuła z Iwonicza Zdroju, długoletni przyjaciel lekarza.

Epitafium:
Lekarz medycyny Jasiu, dwie specjalności, oddany dla ludzi, wielki humanista, drogi kolega, Judym XXI wieku, odszedł od nas niespodziewanie do Boga, którego tak kochał.

"Śpieszmy się Kochać ludzi,
tak szybko odchodzą.
Jak drozd milkną w lipcu,
kochamy wciąż za mało
i stale za późno"

W. Ćwik

W dzień przed pogrzebem, w niedzielę 21.04.br na prośbę kolegów szkolnych zmarłego Dr. Jana o godz. 9-tej została odprawiona Msza św. za spokój jego duszy W słowie wstępnym Ks. Proboszcz powiedział:
Wiadomość o śmierci Pana Doktora Jana Litwina - tutejszego Rodaka i długoletniego lekarza na naszym terenie - przyjęta została w naszym środowisku ze smutkiem i żalem. Zasłużył sobie na niezwykle wdzięczną pamięć. Jego poświęcenie dla chorych nie mieściło się w godzinach znormowanych. Jak wiemy, pracował do późnych godzin, odwiedzając chorych - nawet bez samochodu. Nie obce mu było i to miejsce - ta świątynia. Tu przeżywał chrzest, I Komunię św. Tu był ministrantem. Jak mówią koledzy, myślał nawet o kapłaństwie. Ostatecznie jednak zdecydował, by leczyć ludzkie ciała. Niech Dobry Bóg, za ogromne poświęcenie, będzie mu nagrodą.