To straszne, co chcę powiedzieć, ale sądzę, że nie przesadzę ani odrobinę jeśli stwierdzę, że dziewięćdziesięciu pięciu z każdych stu mieszkańców tego globu nigdy, podkreślam: nigdy na serio nie zadało sobie pytania, na jakich to filarach opiera się ich życie, co stanowi oś ich egzystencji, po co naprawdę żyją. A pozostałych pięciu? Dwaj zadali sobie to pytanie dawno temu i już o tym zapomnieli, następnych dwóch udzieliło sobie na to pytanie uspokajających odpowiedzi, w żaden sposób nie przystających do rzeczywistości, w której żyją. A ten ostatni? Ostatni... już miałem powiedzieć, że to święty, ale dokładniej rzecz biorąc to jedyny człowiek spośród każdej setki, jaka stąpa po tej ziemi, który naprawdę istnieje.
Obawiam się, że Czytelnik pomyśli, że zaczynam pisać zbyt twardo, że być może jestem pesymistą, że... być może nie ma się czym przejmować. Ale zastanawiam się, czy nie byłoby dobrze - dopiekając duszy do żywego - stanąć-twarzą twarz z naszym odbiciem. Czy rzeczywiście żyjemy? To, jak sądzę, jest pierwsze i podstawowe pytanie, na jakie każdy człowiek ma obowiązek odpowiedzieć. Bo cóż zyskalibyśmy oszukując samych siebie, skoro ostatecznie jesteśmy współodpowiedzialni za tę zbiorową niedoskonałość świata, o której tyle mówimy? Zdobądźmy się na odwagę i przez parę minut przytrzymajmy nasze życie za poły.
Zacznijmy od pytania, na jakich to w istocie filarach spoczywa świat, w którym żyjemy? Zapytajcie ludzi na ulicy, a wszyscy odpowiedzą bez najmniejszego wstydu czy zażenowania, że te filary to "seks, pieniądze i władza". Trzy bożki, trzy zawiasy, trzy filary podtrzymujące drogę ludzkości. I czyż świat nie jest zwariowany właśnie dlatego, że opiera się niemal wyłącznie na takich podstawach? Dziś mówimy, że człowiek odniósł sukces wówczas, gdy posiada te trzy rzeczy. I gotów jest jak pies walczyć o te trzy kości, jeśli leżą daleko od niego.
Oczywiście nie będę występował przeciwko seksualności, którą Bóg doskonale wymyślił, jako jedną z wielkich dróg wyrażania miłości. Mówię tu o seksie bez miłości, który zdaje się być wielkim odkryciem współczesnej epoki. Być może wszystkich epok, ale żadnej w tak obsesyjnych tonacjach, jakie erotyka przybrała w naszych czasach, do tego stopnia, że powinniśmy się zastanowić, czy nie żyjemy w cywilizacji niedojrzałych nastolatków. Dzisiejszy człowiek zdaje się nie tyle czerpać radość z seksu, co żyć wyłącznie dla niego. A przynajmniej tak każe nam sądzić atmosfera naszych ulic, ekrany telewizorów, obiegowa filozofia głosicieli seksualnej wolności. Leon Bloy, prędzej dziś niż w swoich czasach, mógłby powiedzieć, że najlepsze, co mogłoby spotkać prawdziwego człowieka to umrzeć w świńskiej skórze. Bo czyż istnieje jakieś większe zniewolenie niż to, co nazywa się wolnością seksualną? Nie piszę tego z pozycji "moralizatora", tylko po prostu jako człowiek zaniepokojony. Myślę bowiem, że świętą rację miał Unamuno mówiąc, że "ludzie, których uwaga stale skupiona jest na tym, co nazywają cieszeniem się życiem - jak gdyby nie istniały inne przyjemności - rzadko kiedy są istotami niezależnymi". Faktycznie, nie ma człowieka mniej ludzkiego od libertyna. A ten typ zdobywcy jawi się dziś jako prawdziwy "zwycięzca" tego świata.
Drugi filar to pieniądze i jego pokrewne czy pochodne: przyjemność, wygoda, luksus. Jeśli jakiś dogmat jest nam rzeczywiście bliski w życiu i w praktyce, to właśnie ten, że pieniądze otwierają każde drzwi, że pieniądze nie dają szczęścia, bo "są" szczęściem same w sobie. Większość marzeń ludzie poświęcają temu, jak je zdobyć. Im podporządkowują wszystkie wartości, a robią tak nawet ci, którzy ośmielają się głosić te straszne słowa, jakie Jezus wypowiedział przeciwko bogatym. Ale my, chrześcijanie, sami tak to sobie zorganizowaliśmy, żeby słowa Ewangelii - iż "łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa niebieskiego" - do dziś stanowiły raczej problem wielbłądów niż bogatych. Udało nam się zastąpić to zdanie innym, które stanowi prawdziwą ewangelię XX wieku: "biznes to biznes". Tak oto wszyscy zgodziliśmy się, że "celem życia jest zdobycie jak najwięcej pieniędzy, żeby za te pieniądze kupić sobie wieczną śmierć", jak napisze Bloy. Nie jest w stanie podważyć tego naszego dogmatu udowadnianie, że pieniądze dają wszystko, tylko nie to, co ważne: zdrowie, miłość, wiarę, cnotę, radość, pokój, bo w końcu ponad wszystkie te wartości i tak przedkładamy pieniądze. Wydaje nam się nawet, że pieniądze dają wolność, chociaż wiemy, że aby je zdobyć wszyscy rezygnujemy z niezliczonych wolności.
Jeszcze trudniej pojąć naszą obsesję władzy. Jefferson twierdził, że nigdy nie zdoła pojąć, jak istota rozumna może uważać się za szczęśliwą z tego tylko powodu, że może rozkazywać innym. A jednak faktem jest, że wielkim marzeniem wszystkich ludzi jest "rządzić, choćby małą trzódką", jak mówił Cervantes . Wiemy, że nic nie jest tak jałowe jak władza - bo na dłuższą metę to idee, nie władza zmieniają obraz świata; wiemy, że "władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje w stopniu absolutnym", ale na tę korupcję stawiamy; wiemy, że władza daje siłę, lecz odbiera wolność, a stanowiska i honory w dalszym ciągu budzą nasz zachwyt, nawet jeśli jesteśmy przekonani, że "siła i strach to dwa przemożne bóstwa, które stawiają swe ołtarze na zbielałych czaszkach" jak mówi Mika Waltari. Władza, władza. Sądzimy, że będziemy szczęśliwi w dniu, kiedy tych, którzy nam podlegają, będzie więcej niż tych, którzy nami rządzą. I nawet nie zwracamy uwagi na przerażającą moc transformacji, jaką ma władza: "Uważasz się za liberała i człowieka wyrozumiałego - mówił Larra. - W dniu, w którym dostaniesz do ręki bat, będziesz chłostał tak, jak ciebie chłostano". Bo władza - każda władza - czyni człowieka niezrozumiałym (stąd wielka samotność możnych) i niewyrozumiałym: możny "nie może" zrozumieć, "nie może" kochać, nawet jeśli będzie oszukiwał sam siebie fałszywym paternalizmem. Maurois miał odwagę wyznać: "Kiedy zacząłem żyć w obozie rządzących, długo nie mogłem zrozumieć problemów rządzonych". Ponieważ w naturze każdej władzy wpisana jest ślepota tego, który władzę tę posiada. Z dołu widać źle. Z góry nie widać nic: mgła pychy zasłania dolinę poddanych.
A jednak pozostaje faktem, że cała ludzkość żyje walcząc jak sfora psów o te trzy kości. Ludzie zdolni są unieszczęśliwiać się, żeby je zdobyć, pewni, że szczęście nadejdzie, gdy już je posiądą. I tak niszczą nawet swoje zdrowie, żeby zdobyć władzę i pieniądze, które później - za późno - będą wydawać, aby utracone zdrowie odzyskać.
Na zdobyciu tych trzech "dóbr" opiera się wielkie marzenie o tym, co nazywamy "przeżywaniem życia w pełni". Prawdziwym życiem żyją ci, którzy je mają. Pozostali - jak nam się wydaje - nie są w pełni ludźmi.
A ponieważ te trzy dogmaty sprowadzają się do jednego - do egoizmu, poszukiwanie ich, to w istocie walka przeciwko innym. Bo nie są to rzeczy, którymi można by się było podzielić: albo ja je mam albo mają je inni. Trzeba im je wydrzeć. W tej samej chwili świat staje się dżunglą.
Gdybyśmy byli całkiem szczerzy, przyznalibyśmy, że trafnie powiedział Bloy: "Żyć pełnią życia to przywłaszczać sobie cudze życie. Wampiry byłyby co do tego zgodne", bo w rzeczywistości "człowiek przeżywa swoje życie, kiedy uda mu się nabrać niewzruszonego przekonania, że nie należy zwracać uwagi na to, że są ludzie, którzy cierpią, zrozpaczone kobiety i umierające dzieci. Człowiek przeżywa naprawdę swoje życie, kiedy robi wyłącznie to, co sprawia przyjemność jego zmysłom, nie zwracając uwagi ani nawet nie chcąc uchodzić za takiego, który wie, że na świecie są dusze i że on sam posiada jakąś lichą duszę narażoną na niezwykłe i straszne niespodzianki".
Ale czy naprawdę istnieje jakaś dusza? Czy rzeczywiście mamy duszę? Kto o tym pamięta? Kto poświęca swojej duszy i podtrzymującym ją filarom choćby dziesiątą część czasu, jaki przeżywamy na ziemi?
Naprawdę rozstrzygające wydaje mi się pytanie, czy są na ziemi inne wartości, dla których na pewno warto byłoby żyć? Inne wartości, dzięki którym moglibyśmy być szczęśliwi? Inne filary, na których oparty nasz ludzki los wyglądałby inaczej?
Gdyby przynajmniej wielu ludzi budowało swoje życie na innych wartościach - miłości, solidarności, pracy, zaufaniu, sprawiedliwości, prostocie, to ten świat byłby inny. Dałoby się w nim żyć. Powoli zniknęłaby ta samotność, która nas dusi. Weszlibyśmy na wspólny rynek szczęśliwości.
Straszne jest, gdy się pomyśli, z jakim uporem wciąż opieramy się na tych filarach, które są przyczyną naszych nieszczęść.