Dlaczego warto się radować?
Jose Luis Martin Descalzo


Skazani na samotność

Zastanawiałem się niejednokrotnie, ile osób przeczyta ten zbiór notatek. Nie wiem. Nigdy nie będę tego wiedział. Wiem natomiast, że wszyscy razem i każdy z osobna z tych, którzy go czytają, poznali kiedyś samotność, tę tak bolesną i jednocześnie tak jasną część ludzkiej egzystencji.
Jedni z nich poznali ową niosącą ze sobą poczucie pustki samotność dojrzewania, te lata, kiedy jesteśmy przekonani, że nikt nie jest w stanie nas zrozumieć, być może po prostu dlatego, że my sami też siebie nie rozumiemy. Na innych samotność przyszła w latach młodości, zwłaszcza jeżeli poznali ów dojmujący ból kochania kogoś, kto nas nie kocha i mogli się przekonać, że choćby towarzyszył nam cały świat, nadal będziemy samotni bez tej jednej jedynej osoby, w której, jak się wydaje, skupia się całe prawdziwe towarzystwo na tej ziemi. Inni zasmakowali samotności lat dorosłych, zwłaszcza w tym czasie, kiedy życie wydaje się tracić swój sens i kiedy powtarzają sobie jałowo pytanie "w jakim celu?" Na jeszcze innych przyszła ta ostatnia samotność starości, kiedy wszyscy, którzy byli naszymi przyjaciółmi, już poumierali i czujemy nieskończony dystans między nami i osobami młodszymi.
Tak się dzieje, że samotność jest tutaj. Jest częścią życia. Na początku dziejów Bóg widział, że nie było dobrze, aby człowiek był sam. Ale nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że często tak właśnie będzie, chociaż by umieścił przy jego boku wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Wiele jest bowiem rodzajów towarzystwa, które jedynie pogłębiają samotność. I tak się już dzieje, że wspólnota -a czasami nawet i rodzina - nie jest niczym innym, jak zgromadzeniem samotników.
Wydaje mi się jednak, że trzeba od razu wprowadzić rozróżnienie pomiędzy bardzo rozmaitymi rodzajami samotności: samotnością niezrozumianych i opuszczonych, samotnością dumnych oraz owocną i twórczą samotnością prawdziwych samotników z wyboru.
Pierwsza z nich jest najpoważniejsza i obawiam się, że najbardziej dzisiaj rozpowszechniona. Czy to możliwe, żeby w świecie tak wielu było ludzi, których nikt nie kocha? Możliwe i przerażające. W tej wielkiej rodzinie, którą tworzymy, wysoki jest procent istot, których życie upływa na żebraniu o kogoś, kto chciałby ich posłuchać, o kogoś, z kim mogliby porozmawiać i kto nie mówiłby im, że się spieszy, o przyjaciela, który interesowałby się- lub przynajmniej udawałby, że się interesuje - ich problemami.
Cóż począć z tą samotnością? Jeśli chodzi o cierpiące na nią osoby, to wydaje mi się, że po pierwsze powinny zapytać same siebie, do jakiego stopnia są odpowiedzialne za to swoje opuszczenie. Często skarżą się na samotność osoby, które zaczęły od tego, że otoczyły własną duszę pierścieniem z kolczastego drutu. Najpierw ludzie zamykają się, potem rozpaczają, że brak im towarzystwa. "Kto idzie przez życie nie zsiadając z konia, powoli zostaje sam", jak powiedział Luis Rosales. I jest to wielka prawda: jedynie schodząc z wyżyn własnego egoizmu można oczekiwać, że będzie się wśród innych.
Są nawet i tacy, którzy chełpią się tym, że idą sami. To ci, którzy mówią, że "orzeł lata samotnie, podczas gdy wrony, kawki i szpaki zawsze tworzą stada". Ci nie szukają samotności dlatego, że ją kochają, ale dlatego, że nie kochają towarzystwa. Myślą, jak mówił Schopenhauer, że "samotność stanowi dla człowieka inteligentnego podwójną korzyść: być z samym sobą i nie być z innymi".
Owa samotność dumnych jest przeklętą samotnością. Może nawet służyć pewnej twórczości estetycznej bądź naukowej, ale w końcu zawsze odczłowiecza osobę, która w niej żyje, przez co, na dłuższą metę, przynosi równie szkodę dziełom estetycznym czy intelektualnym. Ponieważ, jak pisze Antonio Machado, często "w samotności /widziałem bardzo jasno rzeczy/ które nie były prawdą".
Jeżeli jednak samotność spadła na nas bez naszego w tym uprzedniego udziału? Wtedy zostają tylko dwie drogi: zacząć od uznania, że samotność może pomnażać duszę (i że w rzeczywistości człowieczeństwo mierzy się ilością samotności, jaką ktoś jest w stanie wytrzymać), a następnie przeobrazić jaw samotność płodną i owocną - lub też przerwać ją, otwierając się na innych.
O tym będę chciał mówić w jednym z następnych artykułów. A dzisiejszy niech zakończy owo głębokie zdanie Arystotelesa: "Kto znajduje przyjemność w samotności, jest albo dzikim zwierzęciem, albo bogiem". Istnieje bowiem, rzeczywiście, samotność twórcza - jak samotność samego Boga i samotność bezpłodna oraz agresywna - jak samotność lamparta. A dlaczego być lampartem, skoro możemy być podobni Bogu?