Gdy trzeba wybrać drogę życia...

NIE PRZYNIEŚ WSTYDU RODZINIE



Leszek otrzymał dobrą szkolę w domu. Matka czuwała, by wszyscy odmawiali pacierz rano i wieczorem. Często chodziła do kościoła, nawet w dni powszednie, zabierając za każdym razem któreś z dzieci. Ojciec pilnował Mszy świętej niedzielnej i dbał o to, by żadne z dzieci nie przyniosło wstydu rodzinie. Nigdy nie uderzył żadnego z dzieci, ale często powtarzał:
- Niech was ręka Boska broni i zachowa przed popełnieniem czegoś takiego, co mogłoby przynieść wstyd rodzinie. Wtedy nie daruję. Połamię na nim tę lagę w drobny mak - to mówiąc, pokazywał na stojący w kącie potężny kostur lipowy, który zabierał ze sobą w drogę, ilekroć musiał się oddalić od domu.
Dzieci wiedziały, że ojciec nigdy nie rzuca słów na wiatr i ze na pewno groźbę wykona, gdy zajdzie potrzeba.
Chodząc często z matką do kościoła, zapragnął Leszek zostać ministrantem.
- Namyśl się jeszcze - powiedział ojciec - bo jak się zapiszesz, to będziesz musiał chodzić bez względu na pogodę i na dobre, czy złe chęci. Lepiej nie podejmować się czegoś wcale, niż podjąć się, a nie wykonać.
Ponieważ Leszek nastawał, ojciec wyraził zgodę. Od tego jednak czasu osobiście budził Leszka codziennie rano, by ten nie spóźnił się do służenia. Trwało tak chyba ze dwa lata. Zdarzyło się kiedyś, że podczas służenia wypadła Leszkowi z ręki ampułka i rozbiła się na kawałki. Ksiądz proboszcz był nerwowy. Skrzyczał Leszka i wygonił od ołtarza. Wracał chłopiec do domu i nie miał pewności, czy to co zrobił przyniosło wstyd rodzinie, czy nie. Ze strachem opowiedział ojcu, jak było. Ojciec wysłuchał dokładnie i zawyrokował:
- Każdemu może się zdarzyć, że coś niechcąco wypadnie mu z ręki i zbije się. To nie był powód, żeby cię ksiądz wyganiał. Co najwyżej mógł ci kazać zapłacić za zbitą ampułkę. Ale skoro cię wygonił, to więcej nie pójdziesz służyć.
W najbliższą niedzielę po Mszy świętej zaszedł ojciec do zakrystii i zapłacił za ampułkę, mimo że ksiądz się wzbraniał, a gdy proboszcz napomknął, by Leszek znów przychodził służyć, odpowiedział:
- Mój syn nie jest zabawką i musi mieć swój honor i honor rodziny. Skoro go ksiądz wygnał, to więcej mu nie pozwolę być ministrantem.
Leszek nawet się ucieszył z tego, bo już mu dokuczało codzienne ranne wstawanie. Minęło znów ze trzy lata. Leszek chodził już do ostatniej klasy gimnazjum, miał szesnaście lat. W międzyczasie przyszedł do parafii nowy ksiądz, który zaczął skupiać wokół siebie całą młodzież. Pewnego dnia Leszek rąbał drzewo, kiedy przybiegł do niego kolega.
- Lechu, ksiądz cię woła!
- A czego chce?
- Nie wiem. Chodź, to się dowiesz. Poszedł Leszek do nowego księdza.
- Ty jesteś Leszek? - zapytał ksiądz.
- Tak.
- Jesteś ministrantem?
- Nie. Kiedyś byłem.
- A dlaczego przestałeś być?
- Bo tamten ksiądz mnie wypędził za to, że zbiłem ampułkę.
- I co? Pogniewałeś się? Mój drogi, gdyby Pan Bóg był taki honorowy, to by dawno piorunami powybijał wszystkich ludzi. Księdzu służyłeś, czy Panu Bogu? Od jutra znowu przychodzisz służyć. Zrozumiałeś ?
Leszek zapytał ojca o zdanie.
- Możesz chodzić, bo to już jest inny ksiądz. Tylko żeby ci to w nauce nie przeszkodziło, bo jak słyszę, to ten ksiądz i w piłkę gra z ministrantami i na wycieczki chodzi i uczy ich grać na trąbach. Nie chwytaj się wszystkiego na raz, bo wtedy zaniedbasz naukę.
Zaimponował młody ksiądz Leszkowi, podobnie jak i innym chłopcom. Co powiedział, to było święte. Wpatrywali się w niego jak w tęczę, no bo i miał czym zaimponować. Wykształcony, rozmiłowany w sztuce, kulturze i literaturze, wysportowany, dobry organizator, umiał grać na wielu instrumentach, długie lata przepracował w harcerstwie, jednym słowem chwycił wszystkich i miał ich w garści, a chłopcy za nim szaleli. Spośród maturzystów prawie wszyscy byli już ministrantami. Po zdaniu małej matury zawołał ich wszystkich do siebie.
- Powiedzcie mi, jakie macie plany na przyszłość? Kim każdy z was chce w życiu zostać?
Zaczęli się zwierzać ze swoich planów. Gdy skończyli, ksiądz ich zapytał:
- Jak to? Żaden z was nie zamierza zostać księdzem? To służenie do Mszy świętej nie związało was z Panem Jezusem? Nieładnie. Nieładnie.
- Ale być księdzem, to trudno.
- Pewnie, że trudno. A wy chcecie rzeczy łatwych? To po co żeście się uczyli ? Przecież nauka to także trud i wysiłek. Trzeba było nie chodzić do szkoły.

- Żebyśmy mieli pewność, że będziemy takimi jak ksiądz, to może byśmy się zdecydowali.
- A kto wam nie daje być takimi? Nauczyliście się .chyba czegoś ode mnie. Resztę wypracujecie później.
- Tak, ale czy mamy powołanie?
- To wy myślicie, że Pan Bóg będzie posyłał osobnego Anioła do was, że może będzie przemawiał przez pioruny i gromy? A może przez zaćmienie słońca, lub trzęsienie ziemi? Wystarczy, że daje Bóg chęci, by służyć Jemu i bliźnim i to już jest powołanie. Resztę On sam uzupełni swoją laską, swoją pomocą, swoim błogosławieństwem.
- Ale czy my się nadajemy?
- Przynajmniej kilku z was to na pewno.
- A którzy?
Ksiądz wymienił kilku, wśród nich Leszka.
- Inni mogą starać się o przyjęcie do seminarium, ale ci, których wymieniłem, mają obowiązek, inaczej zatracą Boże powołanie.
Przemówiło to do Leszka. Uwierzył, tak jak i jego koledzy, że ma powołanie i że powinien zostać księdzem. Jak zwykle, zapytał ojca o zdanie.
- Masz jeszcze ponad miesiąc czasu do namysłu - odpowiedział ojciec - to się dobrze zastanów. Pamiętaj, że z tej drogi nie ma powrotu. Rozważ, czy dasz radę, czy wystarczy ci sił, bo to nie jest droga lekka, jak się na pozór wydaje.
Przez cały miesiąc rozważał Leszek wszystkie argumenty za i przeciw. Pod koniec miesiąca jeszcze raz zapytał o zdanie rodziców. Matka coś szyła, czy cerowała. Nie odrywając wzroku od igły i nie przerywając swojej roboty, odpowiedziała spokojnie:
- Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Ja ci nie powiem ani idź, ani nie idź.
Ojciec pomyślał chwilę i rzekł:
- Jeśli wszystko dobrze przemyślałeś i uważasz, że dasz radę, to idź, ale pamiętaj, że gdybyś nie daj Boże nie wytrwał, to przyniósłbyś największy wstyd rodzinie i tego nigdy bym ci nie darował, nawet i po swojej śmierci. Widzisz tę lagę w kącie? Nawet gdybyś już księdzem został, a potem przyniósłbyś wstyd rodzime, to tę lagę połamałbym na tobie w drobny mak. Chcesz być księdzem - to bądź, ja ci nie zabraniam, ale musisz być dobrym księdzem. Lepiej by było, gdybyś został uczciwym dorożkarzem, lub szewcem, niż złym kapłanem. A teraz decyduj sam, jak uważasz za stosowne.
Leszek wstąpił do seminarium i został kapłanem. Po wielu latach, już jako ksiądz, rozmawiał na lekcji religii z młodzieżą. Właśnie poruszono temat powołania i młodzież chciała coś na ten temat usłyszeć. Ksiądz Loszek opowiedział im historię swego powołania i przytoczył również słowa ojca. Ktoś z młodzieży zapytał:
- Czy nigdy nie miał ksiądz wątpliwości co do swego powołania? Czy może był taki moment, że ksiądz chciał zrezygnować z obranej drogi ?
- Owszem, miałem wątpliwości i to na kilka dni przed przyjęciem święceń kapłańskich. Zastanawiałem się nad tym, czy nie powinienem się wycofać, póki nie jest za późno. Ojca się nie obawiałem, bo już od dwóch lat nie żył.
- No i co ? No i co ?
- W nocy zobaczyłem w pewnym momencie ojca. Do dzisiaj nie jestem pewien, czy to było we śnie, czy na jawie. Ujrzałem go w otwartych drzwiach pokoju. Stał z bardzo srogą miną. W ręku trzymał potężną lagę i trzy razy mi nią pogroził. Potem znikł, nie odzywając" się ani jednym słowem. Od razu znikły też wszystkie moje wątpliwości i nazajutrz przyjąłem święcenia kapłańskie. Wy nie znacie mego ojca. Nie darowałby mi tego, że przyniosłem wstyd rodzinie. Jestem teraz ojcu za to bardzo wdzięczny i nie wyobrażam sobie innego życia, niż w kapłaństwie. Nie widzę też nic wznioślejszego i piękniejszego nad służbę Bogn i ludziom. Zresztą spróbujcie sami, a uwierzycie.