
Pasterzu nasz, Księże Biskupie. Drogi Księże Infułacie i bracia Kapłani. Droga Rodzino pogrążona w żałobie. Sióstry i Bracia.Gdybym wiedziała, że będą w kościele mómli o śmierci, to bym dzisiaj do kościoła nie poszła. Młody człowiek, student pytany w poważnej ankiecie na temat śmierci, powiedział: to nie mój problem, to problem umierającego.
Moi Drodzy, nasz zmarły Brat, kapłan Karol, w swoim ostatnim swoistym kazaniu z tej trumny mówi nam, iż nie można uciekać przed śmiercią, przed jej rzeczywistością. Można uciec od rozmyślania nad nią, można unikać widoku trumny, ale według powiedzenia, że koniec wieńczy dzieło, końcem naszego ludzkiego życia ziemskiego jest śmierć.
Ktoś powiedział, że ludzka śmierć może być czynna i bierna. Bierna - choćby umieranie było świadome, związane z buntem, z bezsensem, z poczuciem przegrania. Czynna-to umieranie na "tak" Bogu i sobie. To podsumowanie całego swojego życia w kierunku ostatecznego jego sensu. Życia w ten sposób podejmowanego przez kolejne
lata ziemskiego żywota
(...)
(...) Od najmłodszych lat Karol związany był z tą świątynią jako ministrant. A potem, gdy do Iwonicza przychodził młody kapłan ks. Erazm Skórnicki i wraz ze swoim proboszczem ks. Rafą
podejmują na szeroką skalę zakrojone duszpasterstwo, Akcję katolicką, młody Karol włącza się w 1935 roku, kiedy powstaje Rycerstwo Jezusowe. Jest on pierwszym przewodniczącym tego dziecięcego stowarzyszenia. A później przed wybuchem II wojny światowej, wraz z kilkoma kolegami udaje się do Rozwadowa, ażeby pogłębić swoją naukę w tzw. małym seminarium u oo. Kapucynów.
Wojna przerywa tą naukę. Powrót na iwonicką ziemię. Czarna noc okupacji, beznadziejność dla wszystkich a szczególnie dla młodych, rządnych wiedzy, rządnych nauki. I oto znów grono młodych chłopców wraz z Karolem staje przy swoim wychowawcy ks. Skórnickim. W czasie okupacji organizuje on tajne nauczanie w 1942 roku. W samym środku tego kordonu okupacyjnego Niemców, obecnym nawet na plebani, czterech z nich składa egzamin dojrzałości, tzw. dużą maturę. Ale okupacja trwa.
W sercach młodych chłopców, w sercu Karola, rodzi się powołanie. Okupacja trwa. Ks. Skórnicki z tą gromadką w dalszym ciągu potajemnie próbuje prowadzić kurs filozoficzny, przerabiając pewne tezy, właśnie pod kątem ich ewentualnego wstąpienia do seminarium. Plany młodych chłopców - i to czterech od razu z Iwonicza
(dwóch jest tutaj obecnych) - spełniły się w 1944 roku.
Wstępują do swoistego seminarium w lesie, pod Brzozowem, na terenie miejscowego skromnego Zdroju. Po pewnym czasie, po wyzwoleniu Przemyśla, seminarium zostaje przeniesione na swoje macierzyste miejsce. Czterej iwoniczanie pomyślnie kontynuują studia, aby w 1949 roku, w czerwcu, przyjąć święcenia kapłańskie. Jakie tu podobno były prymicje, to my sobie dziś nie wyobrażamy. Nie było wtedy koncelebry. Jeden z nich odprawiał przy głównym ołtarzu głośno, a pozostali trzej przy bocznych ołtarzach po cichu. Uroczystość nie z tej ziemi - można by powiedzieć - napełniająca radością przede wszystkim ich młode serca, ich rodziny i parafię. Za niedługo ich śladami poszli dwaj następni, związani również z tą nocą okupacyjną, z tym wspomnianym tajnym nauczaniem.
Po święceniach ks.Karol został skierowany na pierwszą placówkę do Frysztaka. Pracował tam jako wikariusz przez trzy lata. W tamtych latach nie było środków komunikacji. Do domu zaglądał, przyjeżdżając z Frysztaka na rowerze. Jeśli jesteśmy przy rowerze to warto wspomnieć, że jeszcze poruszał się później na skromnej WFM-ce, kiedy był w Krośnie. Poza tym, nigdy nie oglądał się ani nie zabiegał o inne środki lokomocji. Był bardzo zadowolony jak niosły go szczęśliwie własne nogi do dzieci, zwłaszcza na Białobrzegi, już w tych ostatnich latach.
W 1952 roku Ks. Biskup przenosi młodego kapłana na wikariusza do krośnieńskiej fary. I przy farze pracuje przez 46 lat, do 1998 roku. Najpierw jako wikariusz, potem Jego praca jest ukierunkowana na naukę religii, na katechezę. Jest katechetą, ale przy tej funkcji nigdy nie uchylał się od obowiązków wikariuszowskich, podejmując obowiązki w konfesjonale, na ambonie czy na wyjazdowych spowiedziach, do których zobowiązana była parafia farna.
Moi drodzy, może dlatego ks. Karol tak dobrze się trzymał i pogodnego ducha był, że wciąż miał wokół siebie młodych kapłanów. A oni lgnęli do niego jak do brata, a potem jak do ojca, na końcu jak do dziadka. Prawdą jest, że był to człowiek, kapłan, który nie miał konfliktów z ludźmi. Ale też prawdą jest, zwłaszcza jeśli chodzi o kapłanów młodych, że potrafił w pewnych momentach uderzyć pięścią w oparcie fotela i mówić: nie tak, nie mów tak, tak nie można. Był bowiem człowiekiem o bardzo delikatnym sumieniu, o wielkiej wrażliwości, gdy chodzi o kontakt z innymi ludźmi.
W 1998 roku w wyniku pewnych zmian personalnych wypadło ks. Karolowi opuścić krośnieńską farę, którą bardzo kochał, z którą był bardzo związany, i zagościć prawie na osiem lat w Potoku. Został przyjęty bardzo bezinteresownie przez miejscowego, a obecnego tu, ks. prałata Franciszka. W Potoku osiem lat spędzał swoje lata emeryta. Nie z założonymi rękami, ale na ile pozwalały siły i zdrowie. Mimo, że na początku nie było w Potoku specjalnych warunków, bo kościół w budowie, bo prowizorka, odprawiał, spowiadał, robił, co mógł, ażeby - jak mówił - nie marnować swojego kapłaństwa.
Kiedy nadszedł ten ósmy rok potocki zaczęło się "sypać" zdrowie. Wspomniałem, że wrażliwość ks. Karola była taka, że nigdy nie chciał być dla nikogo ciężarem. Delikatniutko bardzo, przez dom rodzinny, osiadł, otrzymując pozwolenie od ks. Arcybiskupa, w naszym Domu Księży Emerytów w Korczynie. I ile razy się Go odwiedzało, za każdym razem powtarzał: tu jest miejsce księdza, pamiętaj. Mnie się kiedyś wydawało, że nie, ale tu. Ze wszystkiego był zadowolony, nigdy nie narzekał. Czasem pokiwał głową nad swoją słabością, nad swoim bólem czy cierpieniem, ale nie narzekał.
I ostatnio - tygodniowy pobyt w szpitalu. Cichutko, na trzy godziny przed śmiercią, usłyszałem od Niego - był bardzo słaby, widać było, że śmierć coraz bliżej - ostatnie i jedyne słowa: a ks.Stanisław przynosi mi Komunie Święte.
Komunia Święta. Nie lęk, nie jakiś niepokój, nawet kapłański niepokój, ale ufność, wiara, miłość, że Pan Jezus przychodzi, że Pan Jezus wskaże drogę, jeśli nadejdzie czas. A ten czas nadszedł 4 lutego o godz. 23:25
Moi Drodzy, to taki skromny skrót życia, chyba należący się ks.Karolowi, który nigdy nie zabiegał o jakieś wielkie sprawy dla siebie. (...)
Więcej w Naszej Wspólnocie na stronie 15