Nasza Wspólnota nr 114 Wrzesień 2007

Dlaczego warto mieć nadzieję?
Jose Luis Martin Descalzo

Dziecko w bibliotece
Przeczytałem właśnie, że w Astordze, mieście mojego dzieciństwa, otwarto uroczyście bibliotekę publiczną, i serce skacze mi w piersi z radości. Bo moje cudowne rodzinne miasto miało jedną lukę: nie było tam miejsca, gdzie dałoby się tanio poczytać książkę. Myślę, że podobna sytuacja panowała wówczas w całym kraju, do dziś jednak nie mogę pojąć, dlaczego władze miejskie dbały o to, by wystarczyło pieniędzy na czyścicieli ulic czy na sztuczne ognie w czasie fiest, a nie przejmowały się tym, że dzieci musiały żebrać o książki.
Na szczęście w moim domu było ich kilka, a rodzice wiedzieli, że najlepsi Trzej Królowie to tacy, którzy przynoszą coś do czytania. Skromna biblioteczka nie zaspokajała jednak potrzeb takiego łapczywego czytelnika jak ja. Jestem pewien, że gdybyśmy mieli wówczas w domu aparat fotograficzny, rodzinny album byłby pełen zdjęć chłopczyka leżącego na brzuchu na balkonie, całkowicie pochłoniętego lekturą, zapominającego o Bożym świecie, o wszystkim, co działo się wokół nas (mówię "nas", ponieważ zawsze uważałem i będę uważać książki za prawdziwe "osoby").
I tak upłynęło mi dzieciństwo, na głodzie bibliotek, na czytaniu po raz setny garstki własnych książek, a była to na szczęście klasyka hiszpańska i antyczna, autorzy, po których dzisiaj nikt już nie sięga, bo mają opinię nudziarzy. A dla mnie każde z ich dzieł było jak nowy kontynent.
A potem przydarzyło mi się coś bardzo dziwnego: po wstąpieniu do seminarium zorientowałem się, że księża posiadają ogromną bibliotekę (co prawda zbiory kończyły się na XIX wieku), która jednak... była wiecznie zamknięta i do której uczniowie nie mieli dostępu. Myślę, że mogli tam wchodzić tylko najstarsi chłopcy, oni jednak w międzyczasie tracili nawyk czytania i nigdy nie przekraczali jej progu.
Jak dowiedziałem się później, zasada ta obowiązywała wówczas w prawie wszystkich seminariach: z pewnością ktoś sądził, że książki zabiją w nas powołanie. Albo też - jak powiedział nam kiedyś pewien profesor - że "ukradną nam czas przeznaczony na naukę". Najwyraźniej jedynymi bezpiecznymi tekstami były podręczniki.
Pewnego razu "pokazano" nam bibliotekę naszego seminarium. Wchodziliśmy tam z poczuciem winy, jakby do pogańskiego przybytku, pełni podziwu i lęku. Z wizyty tej zapamiętałem tylko, że na półkach zalegały grube warstwy kurzu, a przy kluczu do drzwi biblioteki wisiał jeszcze pęk innych, do szafy kryjącej dzieła znajdujące się na Indeksie. Mieliśmy wrażenie, że powinniśmy się zaraz wyspowiadać z grzechu przelotnego spojrzenia na grzbiety grubych tomów.
Brak książek to najczarniejsza plama mojego dzieciństwa. I praktycznie jedyna rzecz, której nie mogę wybaczyć ówczesnym seminariom.
Dlatego jakże nie miałbym się czuć szczęśliwy na myśl, że nic podobnego nie grozi współczesnym dzieciom - w Astordze i w innych małych miastach? Nie chcę nawet rozważać możliwości, że mając dostęp do tych bezcennych skarbów, przedłożą nad nie telewizję.
Chociaż niekiedy zastanawiam się, czy nie skorzystałem na tym zamknięciu, które do przyjemności czytania dorzucało przyjemność robienia czegoś niemalże zakazanego. Bo tak czy owak, dzięki wrodzonemu uporowi zawsze znajdowałem sobie jakąś lekturę. I do dzisiaj jeszcze, kiedy myślę o moim życiu, dzielę je na rozdziały noszące tytuły książek: od czasu, kiedy przeczytałem Iliadę po okres, kiedy zakochałem się w Wergiliuszu; od momentu, kiedy pochłonąłem Odę do Carlosa Feliksa Lopego de Vegi po odkrycie sonetów Quevedy; od czasu, kiedy nauczyłem się na pamięć wierszy Antoni a Machado po dzień, kiedy olśnili mnie Bracia Karamazow, i tak dalej.
Czy będą to mogły powiedzieć o sobie dzisiejsze dzieci? Wątpię. Bo kiedy widzę, jak latorośle moich przyjaciół przeżuwają jak krowy - całe godziny telewizji, obawiam się, że przywykną do tej gotowej papki i nie zechcą skosztować przyjemności - wymagającej pewnego wysiłku - uruchomienia własnej wyobraźni.
Pamiętam, że w szalonym świecie, jaki opisuje Bradbury w swej powieści 451° Fahrenheita, pozbawionym książek, które zostały zakazane, ludzie przestali czytać nie ze względu na zakaz władz, lecz spontanicznie. "Gazety konały niby wielkie motyle. Nikt ich nie chciał. Nikomu ich nie brakowało".
Czy rzecz taka jest możliwa? Byłaby to najgorsza bomba atomowa, a zarazem najbardziej higieniczna: opróżniłaby ludzi od środka, zanim w ogóle zdaliby sobie z tego sprawę.
Chciałbym krzyczeć ze stron tego pisma do rodziców, żeby uchronili dzieci przed tą groźbą. Chciałbym prosić władze miejskie, by inwestowały w biblioteki, nawet jeśli nie trafią przez to na pierwsze strony dzienników, nawet jeśli przysporzy im to mniej głosów wyborczych niż uczestnictwo w zabawach ludowych czy kładzenie kamieni węgielnych pod zamki na lodzie.
Felipe Pedrell mawiał, że "Ta garstka wiedzy, jaką posiadamy, należy do wszystkich". To prawda: geniusze nie istnieją, istnieją tylko ludzie, którzy mają wiele głów, gdyż przeczytali wiele książek i potrafili przyswoić sobie ich zawartość.
Podobno przy wejściu do Biblioteki Berlińskiej wisi tabliczka:
"Lekarstwo duszy". Ja napisałbym raczej "pokarm", nie "lekarstwo", a nad nią powiesiłbym drugą, o treści: "Pozwólcie dziatkom, niech przyjdą do mnie". Bo nie chciałbym, żeby dzisiejsze dzieci przypominały sobie w XXI wieku, że widziały raz w życiu bibliotekę i jedyne, co z niej zapamiętały, to warstwa kurzu, pęki kluczy i wielkie kłódki.