Nasza Wspólnota nr 114 Wrzesień 2007

Randka z niespodzianką

Zdarzyło ci się kiedyś, że babcia umówiła cię na randkę w ciemno? Bo mojej przyjaciółce Annie tak.
Zadzwonił bratanek partnera brydżowego jej babki. Przyjechał do miasta i pytał, czy Annie zgodziłaby się pójść z nim na kolację? Przyjęła propozycję i pogodziła się z perspektywą nudnego wieczoru - nudnego do czasu, gdy do jej drzwi zapuka jej Romeo. Bo był to superprzystojniak, i to z możliwościami. Gość mógłby sobie dostatnio żyć z pozowania do zdjęć na okładki magazynów - wzięliby go nawet - bez tego porszaka.
Babcia zdecydowanie zasłużyła sobie na list dziękczynny.
Tyle tylko, że facet prowadził za szybko i za każdym razem, gdy zmieniał bieg, trącał dłonią jej kolano... ale w końcu w samochodzie było bardzo ciasno i nic nie można było poradzić na to, że kiedy brali ostre zakręty, jego łokieć ciągle napierał na jej łokieć, prawda? Kiedy zaparkowali, jego dłoń jakoś tak opadła na jej nogę... i tak pozostała, ale błyskawiczny uśmiech i niewinne zdanie:
"Mam nadzieję, że lubisz włoską kuchnię" przynajmniej w połowie przekonały ją, iż był to wypadek.
Włoska kuchnia? Tak. Okoliczny "dom spaghetti"? Nie. To było wykwintne miejsce. Uśmiechnięty maitre d'hotel o imieniu Luigi. Uniżeni kelnerzy w białych frakach i z muszkami pod szyją. W tle Verdi. Przyciemnione światło. Storczyki w srebrnych wazonach. Wykrochmalony len. I czarujący mężczyzna, który tyleż mówił, ile słuchał. Zamówił po włosku i opowiadał jej wyborne historyjki, a ona śmiała się, jedząc ravioli z mięsa kraba oraz sącząc powoli rascati. Wszystko pięknie i ładnie, ale gdy zamówił do cielęciny drugą butelkę wina, Annie zaczęła się martwić o to, jak pojadą z powrotem. Do czasu, gdy Romeo napomknął, że zatrzymał się... tuż obok. W porządku, on sobie pójdzie na piechotę, a ona złapie taksówkę i zapłaci z awaryjnych pieniędzy, które miała schowane w torebce.
- To dobry hotel - powiedział z pewnością w głosie. - Mam podwójny pokój. Z królewskim łóżkiem i wanną z masażem wodnym.
Biedna Annie niemal zadławiła się saltimboccą.
- To dopiero.
To była najlepsza odpowiedź, na jaką mogła się zdobyć z oczyma pełnymi łez.
- Spodoba ci się. Miała inne zdanie.
- Muszę wracać.
Nie było to do końca kłamstwem - czekały na nią jej koleżanki z pokoju.
- Och, daj spokój!
Nieco zaniepokoił ją przebłysk gniewu w jego oczach, gdy powtórzyła mu swą odmowę, ale on tylko się uśmiechnął i wzruszył ramionami.
- Skoro nie mogę cię przekonać, to lepiej zamówmy coś na deser.
Wybrała tiramisu. On zamówił stregę i kawę espresso, po czym przeprosił ją na chwilę. Kiedy przechodził, upadła jej torebka, ale złapał ją i odwiesił na oparciu z przepraszającym uśmiechem. Deser podano, zanim zdążył się zjawić. Annie ukradkiem spróbowała czekoladowy wiórek. Nie miała zamiaru zabierać się do jedzenia, dopóki nie wróci jej partner; było nie było, jakieś maniery muszą być. Mijały długie minuty. Annie wzięła do ust łyżeczkę bitej śmietany. Potem kolejną. Zemdlał? Padł trupem? Porwano go? Bzdury! Zaczynała myśleć jak swoja matka. Była dużo za młoda na to, żeby dostać zawału, no i w końcu ludzi nie porywa się z szanowanych restauracji.
W połowie pierwszej warstwy kawy i nasączonych Marsalą biszkopcików stwierdziła, że jednak jest nieodrodną córką swej matki, i zawezwała kelnera. Zdobycie się na słowa: "Proszę sprawdzić, czy w łazience nie ma mężczyzny, który tutaj siedział" nie było wcale łatwe, ale przełknięcie odpowiedzi było jeszcze trudniejsze. Nie było go nigdzie w całym budynku. Porwanie przez UFO zaczynało jednak nabierać znamion realności.
- Zdaje się, że ten dżentelmen wyszedł - poinformował ją maitre d'hotel lodowatym tonem.
- Zaraz!
Porzucając swe nie dojedzone tiramisu, Annie pędem rzuciła się przez restaurację do drzwi wejściowych. W miejsce, w którym zaparkowali samochód, właśnie powoli wpasowywał się jasnoszary mercedes. Bita śmietana pod wpływem stresu ścina się błyskawicznie. Annie dostała mdłości, ale i bez tego była w niezłej biedzie. Zamówili najlepsze dania i do tego wino, a ona miała przy sobie tylko pieniądze na taksówkę do domu. Zaczęła się zastanawiać, jak długo będzie musiała zmywać naczynia w kuchni.
- Zniknął. - Maitre d'hotel pokiwał głową, gdy wróciła. - To się zdarza.
Jasny gwint, ależ nagada swojej babci - jeżeli kiedykolwiek uda się jej z tego wygrzebać.
- Proszę pana, obawiam się, że nie mam przy sobie większej sumy pieniędzy, a nie spodziewałam się... - Głos się jej załamał.
- My również nie - odpowiedział Luigi z grobowym uśmiechem na szerokich ustach.
Jej torebka ciągle wisiała przewieszona przez oparcie krzesła, szeroko otwarta. W kieszonce, w której trzymała swoje awaryjne pieniądze, znalazła wydartą z notesika karteczkę z nabazgranymi słowami: "Wybacz, maleńka. Potrzeba mi forsy na paliwo".
Teraz naprawdę chciało jej się wymiotować. Gdy pomyje naczynia, do domu pójdzie piechotą. Oczy zaszły jej łzami, a w uszach słyszała gromy. Silna dłoń uchwyciła ją za ramię. Zachwiała się. Druga dłoń złapała ją za bark.
- Chodź.
Dwie silne dłonie poprowadziły ją na tył restauracji. Nie w kierunku kuchni i stosu brudnych naczyń, ale do małego, ciasnego pokoiku. Izolatka dla konsumentów bez pieniędzy? Została delikatnie posadzona na krześle; spojrzała w górę na ciemne oczy i szerokie usta.
- Dobrze się czujesz? - zapytał Luigi.
Była przygotowana na gniew i narzekania. Troska ją rozłożyła. Szlochając, pociągając nosem i smarkając, Annie wylała z siebie wszystkie żale oraz zmoczyła zupełnie czystą lnianą chusteczkę. Luigi podał jej drugą.
- Za chwilkę wracam - powiedział i wymknął się z pokoiku.
Annie zaczęła podejrzewać, że zostanie zamknięta, dopóki Luigi nie powiadomi władz, ale ten pozostawił drzwi uchylone i wrócił po kilku minutach z parującym kubkiem.
- Cafe Sambuca. - Luigi uśmiechnął się, wyciągając go w jej stronę. - Wypij.
Była zbyt zgnębiona, żeby się spierać, więc wypiła. Nagły wpływ cukru, kofeiny i alkoholu na jej rozdygotane nerwy sprawił, że poczuła osłabienie i dreszcze, ale też nagle wyraźnie zdała sobie sprawę z tego, iż Luigi siedzi zaledwie kilkanaście centymetrów od niej. Gdyby tylko przyszło mu coś do głowy... Wpadła w potworną panikę.
- Nie bój się - powiedział, jakby czytał w jej myślach. - Chcesz jeszcze kawy?
Potrząsnęła głową, a on delikatnie wziął od niej pusty kubek.
- Lepiej się czujesz? Kiwnęła głową.
- Mogę wysłać panu czek.
Luigi przerwał jej, wzruszając ramionami i uśmiechając się.
- Daj sobie spokój. Nie po raz pierwszy ktoś się wymknął bez płacenia. Zostają nam po nich płaszcze i parasolki, ale nigdy nie czepiamy się ich partnerów. Czujesz się na tyle dobrze, żeby wrócić do domu? Zawołam ci taksówkę - na koszt firmy.
Nie mogła się na to zgodzić.
- Proszę pana, wyślę panu pieniądze, przynajmniej za siebie.
Płacenie za tego szczura to byłoby już za wiele. W oczach Luigiego zabłysły iskierki, gdy pokiwał przecząco głową.
- Takie są koszty prowadzenia interesów. Jeden z pracowników zadzwonił po taksówkę. Luigi
przeprowadził Annie przez restaurację i wyszedł z nią na ulicę.
- Dziękuję panu. I bardzo mi przykro z powodu tego nie zapłaconego rachunku. Jedzenie było wyśmienite... to jest do czasu, gdy...
- Wieśniakowi wyszło siano z butów? Roześmiała się cicho.
- To obelga dla porządnych wieśniaków. Wyciągnęła dłoń na pożegnanie. Ignorując wyciągniętą dłoń, Luigi mocno ją przytulił, szepcząc:
- Taka kobieta jak ty powinna staranniej dobierać sobie partnerów do restauracji.
Nie za bardzo wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć, Annie poprzysięgła sobie, że raczej zostanie starą, siwą, zdesperowaną staruszką, niż raz jeszcze da się umówić na randkę w ciemno.
Następnego dnia rano wróciła do restauracji, żeby spłacić swoją połowę długu, ale została uprzejmie odprawiona z kwitkiem - czy raczej jej pieniądze. Wróciła do domu uśmiechnięta.
Nie upłynęło wiele czasu i Annie rzeczywiście napisała do babci... żeby poinformować ją o swoich zaręczynach z Luigim.

Rosemary Laurey