Nasza Wspólnota nr 114 Wrzesień 2007

Życie o. Stanisława Papczyńskiego
Dzieje o. Stanisława przenoszą nas w świat Rzeczypospolitej XVII wieku, znany nam z sienkiewiczowskiej Trylogii - świat powstań kozackich, potopu szwedzkiego i wojen z Turcją, świat nękany "morowym powietrzem", niezgodą możnych i uciskiem ludu. Nie chodzi tu zresztą jedynie o tło historyczne, lecz o same koleje losu bohatera, które swoją barwnością i zmiennością dorównują przygodom tak popularnych postaci literackich, jak Jan Skrzetuski czy Michał Wołodyjowski - z tą różnicą, że o. Stanisław Papczyński nie walczył orężem świeckim, lecz duchowym, a jego historia zrodziła się nie w wyobraźni pisarza, lecz w planach samego Boga.
Jest to postać zaiste przedziwna. Syn prostych ludzi, który staje się spowiednikiem i doradcą dygnitarzy, w tym przyszłego papieża Innocentego XII i króla Jana III Sobieskiego. Dziecko nie dające sobie rady w wiejskiej szkółce elementarnej, a następnie pedagog i autor cenionych dzieł. Zakonnik, który popada w taki konflikt z przełożonymi, że najlepszym rozwiązaniem jest jego odejście. Uznany cudotwórca, mistyk i założyciel pierwszego rdzennie polskiego zgromadzenia zakonnego, a zarazem człowiek, na którego drodze od dzieciństwa do śmierci wciąż wyrastały przeciwności - ciężkie choroby, wypadki, konflikty z obcymi i ze swoimi, procesy sądowe czy złość ludzka. Napastowany przez zdeprawowanego nauczyciela, nadstawiający szyję (dosłownie!) pod heretycki miecz, porwany siłą przez własnego prowincjała i pobity przez podwładnego, o. Stanisław mógłby śmiało odnieść do siebie słowa św. Pawła: "Jakież to prześladowania zniosłem - a ze wszystkich wyrwał mnie Pan!" (2 Tm 3,11).

Skromne początki
Szacowny Założyciel przyszedł na świat w nocy z 17 na 18 maja 1631 roku jako najmłodsze dziecko prostej rodziny w Podegrodziu, w Kotlinie Sądeckiej. Rodzice Janka, gdyż takie imię nadano mu na chrzcie, przekazali mu głęboką religijność. Z zachowanych świadectw wiemy, że został ofiarowany Chrystusowi i Maryi przez swoją matkę, Zofię, będąc jeszcze w jej łonie - być może wtedy, gdy na krótko przed porodem podczas przeprawy łodzią przez Dunajec zaskoczyła ją burza. Wpadła wówczas do rwącej, lodowatej wody i cudem ocalała. Ojciec Tomasz - z zawodu kowal, parający się również rolnictwem i hodowlą bydła - wpoił synowi swoją bezkompromisowość i zaangażowanie w sprawy społeczne. Odziedziczone po rodzicach nazwisko Papka - które Janek, zgodnie z obowiązującym wówczas zwyczajem, udając się do szkół zmieni na Papczyński - jest przydomkiem jego dziadka, ojca Tomasza, dwukrotnie pielgrzymującego do Rzymu i dlatego nazywanego "Papieżem" lub zdrobniale "Papką".
Pierwsza próba podjęcia nauki w szkółce parafialnej kończy się dla Janka całkowitą porażką. Niezdolny - wyrokuje nauczyciel. Rodzice odbierają więc chłopca ze szkoły i każą mu pasać owce. Ta swoista terapia przynosi nieoczekiwane rezultaty. Spokój, samotność, bliskość Boga i przyrody sprawiają, że chłopiec po niepowodzeniu szkolnym dochodzi do siebie. W tajemnicy przed rodzicami wymyka się do szkoły, gdzie w jedno popołudnie opanowuje cały alfabet. On sam przypisuje to przebudzenie umysłu wstawiennictwu Maryi. Odtąd nie ma już problemów z nauką, wciąż jednak trapią go dziwne zmagania wewnętrzne. W wieku lat dziesięciu odmawia chodzenia do szkoły. Ojciec stosuje sprawdzony już środek - Janek ponownie zostaje pasterzem i po upływie roku dojrzewa do dalszej nauki.
Jednak Jankowi czegoś brak w rodzinnym Podegrodziu. Kiedy w wieku lat dwunastu gubi się na jarmarku w Nowym Sączu, prosi napotkanego krewnego, aby ten zapisał go do tamtejszej szkoły. Nie zagrzeje w niej jednak dłużej miejsca. Nagabywany przez niemoralnego nauczyciela, przerażony Janek samodzielnie przeprawia się przez wezbrany Dunajec, uciekając do domu. Po tym wydarzeniu kontynuuje naukę w swojej wiejskiej szkółce.
Dalsza edukacja Janka to nieustanna tułaczka. W wieku lat piętnastu udaje się na dalszą naukę do kolegium jezuitów w Jarosławiu. Stamtąd przenosi się do Lwowa, gdzie jednak nie zostaje przyjęty do szkoły z powodu niedostatecznego przygotowania. Zarabiając na utrzymanie jako korepetytor, wkrótce zapada na febrę i świerzb, tracąc przez to dach nad głową. Od niechybnej śmierci ratuje go opatrznościowa pomoc nieznajomego człowieka, a następnie miłosiernej rodziny, udzielającej mu schronienia pomimo niebezpieczeństwa zarazy. Przez przybyłych do Lwowa w interesach krajan udaje mu się nawiązać kontakt z rodziną, która na krótki czas sprowadza go do domu. Z kolejnego kolegium, tym razem pijarskiego, w Podolińcu wygna go zbliżająca się epidemia, z kolegium jezuitów we Lwowie - najazd kozaków. Janek ostatecznie dokończy edukacji w Rawie Mazowieckiej, po czym wreszcie powróci do domu z jak najlepszymi świadectwami.

Powołanie zakonne
Przyjeżdżając w rodzinne strony, dwudziesto trzy letni już Janek ma, być może, nadzieję, że jak to bywało w dzieciństwie, wśród stad owiec i piękna ojczystej przyrody zdoła dojrzeć do kolejnej decyzji. Trzeba coś począć ze swoim życiem, ze zdobytym w takim trudzie wykształceniem. Postanowienie przychodzi szybko, przyspieszone działaniem rodziny, która bierze sprawy w swoje ręce, wyszukując Jankowi odpowiednią kandydatkę na żonę. Perspektywa rychłego małżeństwa jednoznacznie odsłania przez Jankiem prawdziwe pragnienie jego serca - poświęcić się całkowicie Bogu. Udaje się więc do Podolińca, gdzie wstępuje do Zakonu Szkół Pobożnych, czyli znanych już sobie pijarów.
Wraz z habitem zakonnym Jan Papczyński otrzymuje nowe imię - Stanisław od Jezusa i Maryi - którego będzie używał już do końca życia. Jest szczęśliwy. Po latach tułaczki znalazł wreszcie swoje miejsce. Zahartowany przez kręte koleje losu, nie wzdryga się przed żadną pracą, oddając się spełnianiu najniższych posług z tym samym zapałem, co modlitwom i rozmyślaniom. Nie zostanie jednak długo w Podolińcu. Pokładając w nim duże nadzieje, przełożeni w drugim roku nowicjatu posyłają go do Warszawy na studia teologiczne. Tu znowu losy Stanisława splatają się z losami Ojczyzny, tym razem za sprawą potopu szwedzkiego. Otóż po wkroczeniu Szwedów do Warszawy w 1655 roku, powracając z miasta do domu, wdał się dyskusję na temat prawdziwej wiary ze szwedzkim - czyli protestanckim - żołnierzem, który z braku argumentów wyciągnął broń. Gotów umrzeć za wiarę, Stanisław ukląkł nadstawiając kark do ścięcia. Jednak zamiast spodziewanego śmiertelnego ciosu mieczem, otrzymał jedynie trzy mocne uderzenia, co przypisywał szczególnej Bożej opiece.
Stanisław składa śluby zakonne w 1656 roku, w wieku dwudziestu pięciu lat, a po odbyciu studiów teologicznych, w wieku lat trzydziestu przyjmuje w Brzozowie święcenia kapłańskie. Jako kapłan pracuje w Podolińcu, w Rzeszowie i w Warszawie, ciesząc się dużym uznaniem swoich przełożonych, którzy powierzają mu odpowiedzialne stanowiska. Jest więc nauczycielem retoryki, którą wykłada na podstawie opracowanego przez siebie podręcznika, prefektem kolegium, kaznodzieją, moderatorem bractwa Matki Bożej Łaskawej, której warszawski obraz znajduje się wówczas pod opieką pijarów, a także wziętym spowiednikiem i kierownikiem duchowym, przed którego konfesjonałem klękają senatorowie i wybitne osobistości, nie wyłączając nuncjusza apostolskiego.

Kolejne rozdroże
Ofiarna służba zakonnika nie tylko przyczynia mu przyjaciół. Staje się też solą w oku tych, którzy nie mają ochoty naśladować jego surowych obyczajów. Kiedy Stanisław dostępnymi sobie środkami usiłuje zabiegać o karność zakonną i stosowanie się do reguły także przez przełożonych, w zakonie następuje rozłam. Stronnicy i przeciwnicy o. Stanisława nie potrafią znaleźć wspólnego języka. Mimowolny sprawca całego zamieszania zostaje wysłany do Rzymu, przed oblicze generała zakonu, jako rzekomy "wichrzyciel prowincji", co przy okazji pozwala nieprzychylnym mu ojcom uniknąć jego obecności na kapitule prowincjalnej, gdzie mógłby stać się im niewygodny.
Wprawdzie generał zamiast surowo ukarać "wichrzyciela", pozwala mu wrócić do polskiej prowincji, obiecując przysłać tam wizytatora, jednak sytuacja okazuje się już nie do uzdrowienia. Znosząc szykany przełożonych i patrząc na nieustanne utarczki pomiędzy stronnictwami, o. Stanisław dochodzi do bolesnego wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie usunięcie się z zakonu. Wykorzystując zmiany prawne w zakonie pijarów, pozwalające na odejście tych, którzy nie chcą żyć na nowych zasadach, oświadcza, że przechodzi pod jurysdykcję biskupa krakowskiego. Rozgniewany jego decyzją prowincjał postanawia podporządkować go sobie przemocą. W mroźny, styczniowy dzień porywa go na wpół ubranego, po czym wiezie skrępowanego jak złoczyńcę i ogłuszonego uderzeniem dyszla w szyję do klasztoru w Podolińcu. Tam ledwie żywy o. Stanisław zostaje wtrącony do karceru, a następnie przewieziony do klasztoru w Prievidzy na Węgrzech. Uwolnienie stamtąd zawdzięcza osobistej interwencji biskupa krakowskiego, Mikołaja Oborskiego.
Odosobnienie pomaga Stanisławowi w ponownym rozeznaniu woli Bożej co do swojego życia. To nie zakon pijarów ma być jego ziemską przystanią. W udręczonym kapłanie zaczyna kiełkować myśl o utworzeniu nowej wspólnoty, poświęconej Maryi. Kiedy po powrocie z uwięzienia biskup Mikołaj pomaga mu ostatecznie unormować swoją sytuację wobec pijarów, podczas ceremonii oficjalnego zwolnienia z zakonu Stanisław składa uroczyste oświadczenie, w którym wyraża pragnienie dozgonnego służenia Bogu w założonym przez siebie Stowarzyszeniu Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia.

Droga przez ciernie
Przyszłe zgromadzenie istnieje jednak na razie tylko w umyśle Założyciela, który przeżywa duchowe rozterki. Ciężko w wieku trzydziestu dziewięciu lat zaczynać życie od nowa. Czy rzeczywiście Bóg chciał, aby dla marzenia o gromadce w białych, maryjnych habitach porzucił zakon, w którym składał śluby? Stanisław zwraca się o ponowne przyjęcie do pijarów, słucha z uwagą zaproszeń od innych zakonów, które rade widziałyby u siebie wybitnego kaznodzieję i spowiednika. Odmowa pijarów utwierdza go jednak w przekonaniu, że jego pragnienie nie jest mrzonką. Udaje się do sprzyjającego mu biskupa poznańskiego, Stefana Wierzbowskiego, przywdziewa biały habit, a nie widząc na razie kandydatów do tworzonego zgromadzenia, przyjmuje funkcję kapelana na dworze państwa Karskich w Luboczy, gdzie pisze podręcznik ascetyczny dla świeckich oraz regułę dla przyszłego zgromadzenia.
Dwuletni pobyt w domu Karskich jest też dla o. Stanisława czasem intensywnej modlitwy i poszukiwań. Za radą świątobliwego kameduły, o. Wilgi, zwraca uwagę na oddaloną o 70 kilometrów od Luboczy Puszczę Korabiewską (dzisiaj: Mariańską), gdzie od dwunastu lat prowadzi życie pustelnicze Stanisław Krajewski, weteran wojenny, wraz z kilkoma towarzyszami. Wyraża on zgodę na wstąpienie do zgromadzenia, przyjmuje biały habit i składa przysięgę podporządkowania regule. Jednak ten pierwszy marianin daleki jest duchem od myśli założyciela. Nawykły do swobody, szybko buntuje się przeciwko nowym porządkom. Podobnie postępują pozostali, dla których pobyt w pustelni i zbieranie datków po okolicznych dworkach jest sposobem na wygodne życie. Wieść o tym dotarła już zresztą do biskupa, toteż do pustelni przybywa wizytator, którego interwencja przyczynia o. Stanisławowi tyle pożytku, co i problemów. Wizytator aprobuje nowe zgromadzenie, zobowiązuje jednak jego członków do przestrzegania szeregu surowych zarządzeń stosownych raczej dla zakonu pustelniczego niż apostolskiego, jakim chce go widzieć założyciel. Niebawem w pustelni pozostają tylko o. Papczyński z Krajewskim, reszta opuszczają, nie chcąc dostosować się do nowych zasad.
Wspólnota w Puszczy Korabiewskiej rozwijała się jak po grudzie, bracia przychodzili i odchodzili. Zdarzyło się nawet, że o. Stanisław żył w pustelni tylko sam jeden! Krajewski po trzech latach ciągłych konfliktów pobił założyciela i uciekł z pustelni. Odtąd dwaj pierwsi marianie spotykali się głównie przed sądem, prawując się o teren, na którym żyła wspólnota, a do którego Krajewski rościł sobie pretensje pomimo wcześniejszego zrzeczenia się go. Jest prawdziwym cudem, że po tych wszystkich przejściach Krajewski ostatecznie powrócił do zgromadzenia i wytrwał w nim aż do śmierci.

Rozwój zgromadzenia
Choć jednak reguła była niezgodna z pierwotnym zamysłem, a i pierwsi bracia nie tacy, jakich sobie o. Stanisław wymarzył, jego projekty powoli zaczynały się realizować. Za pozwoleniem biskupa opuszcza niekiedy klasztor, aby pomagać w pracy duszpasterskiej okolicznym proboszczom. Głoszone przez niego kazania odpustowe trafiają do ludzi prostych, podobnych tym, wśród których się wychował. Przed jednym z takich kazań, w kościele parafialnym w Chojnacie, pogrążony w modlitwie Stanisław ma wizję zwycięstwa rycerstwa polskiego w bitwie pod Chocimiem. Natychmiast dzieli się tą radosną wieścią ze zgromadzonymi, wzywając do modlitwy dziękczynnej. Pustelnicza reguła nie przeszkadza Bogu umieszczać go w samym centrum wydarzeń!
Oprócz wiernych szukających duchowego wsparcia do pustelni zaczynają wreszcie napływać również poważni kandydaci do zgromadzenia. W 1677 roku, pięć lat po przybyciu o. Stanisława do Puszczy Korabiewskiej, jest ich już tylu, że mogą objąć kościół Wieczerzy Pańskiej w Nowej Jerozolimie (dzisiejsza Góra Kalwaria), zaoferowany im przez biskupa Stefana Wierzbowskiego. I tu tworzenie nowego klasztoru nie obywa się bez przeszkód ze strony sąsiadów, którzy chętnie odstąpili im nieużytki i trzęsawiska, gdy jednak marianie ciężką pracą osuszyli je, uznali je z powrotem za swoją własność. Procesy, oszczerstwa, zniewagi, a nawet rękoczyny to zwykła codzienność o. Stanisława. Znosi to wszystko cierpliwie, odpowiadając na obelgi i szyderstwa niezmiennym: "Niech ci Bóg przebaczy".
Przeszkody pojawiają się też przy tworzeniu trzeciej fundacji, w Goźlinie, gdzie cześnik łukowski, Jan Lasocki, ofiarowuje zgromadzeniu kościół i klasztor w swoich dobrach. Tu głównym wrogiem okazuje się miejscowy proboszcz, oczerniający wspólnotę przed kim się da, począwszy od biskupa, a skończywszy na co bardziej wpływowych świeckich. Jako zagorzały przeciwnik prawdy o Niepokalanym Poczęciu, która nie była jeszcze wówczas oficjalnie ogłoszona jako dogmat, występuje nie tyle przeciwko samym zakonnikom, ile przeciw idei zakonu Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. W spór wkracza sam Bóg. W wyniku tajemniczego przeżycia duchowego, odebranego przez niego jako karę za prześladowanie "towarzyszy Maryi", proboszcz wpada w chorobę, wzywa do siebie mariańskiego kapłana i spowiada się pokornie ze swoich win, stając się odtąd sprzymierzeńcem nowej fundacji.

Papieska aprobata
Podczas tworzenia fundacji w Goźlinie wiekowy już o. Stanisław ma za sobą jeszcze jedno trudne doświadczenie - uciążliwą i obfitującą w przykrości podróż do Rzymu, gdzie spodziewa się uzyskać aprobatę papieską dla swego zgromadzenia. Jednak w Wiecznym Mieście zastaje żałobę. Zmarł właśnie papież Aleksander VIII, a konklawe mające wybrać jego następcę okaże się najdłuższe w XVII wieku. Stan zdrowia o. Stanisława pogarsza się tak znacznie, że zmuszony jest powrócić do Polski, zanim papieżem zostanie wybrany jego dawny penitent z Warszawy, kardynał Antoni Pignatelli, który obierze imię Innocentego XII.
Wystosowana do Stolicy Apostolskiej już z Polski petycja o. Stanisława krąży pomiędzy Kongregacją Biskupów i Zakonników, nuncjuszem apostolskim, a papieżem, aż wreszcie z Rzymu przychodzi odpowiedź negatywna. Zdaniem Kongregacji zgromadzeniu wystarczy aprobata ordynariusza miejsca. To cios dla o. Stanisława, który chciałby dać swemu zgromadzeniu solidniejsze podstawy. Pisze kolejne listy, posyła wreszcie do Rzymu o. Joachima Kozłowskiego, któremu po długich staraniach udaje się doprowadzić do zatwierdzenia zgromadzenia przez Stolicę Apostolską. Schorowany o. Stanisław może odejść w pokoju. Zdąży jeszcze złożyć uroczyste śluby i odebrać je od swoich współbraci. Umrze pobożnie w Nowej Jerozolimie, we wrześniu 1701 roku, w wieku siedemdziesięciu lat.
Niełatwe było życie o. Stanisława Papczyńskiego. Ale właśnie dlatego może dziś ono nieść nadzieję wszystkim, którzy borykając się z przeciwnościami, zaczynają ulegać zniechęceniu. Burzliwe dzieje o. Stanisława, mogące posłużyć za kanwę powieści nie mniej fascynujących niż dzieła Sienkiewicza, miały bowiem szczęśliwy epilog w postaci zatwierdzenia przez Stolicę Apostolską założonego przez niego zgromadzenia. Ale na tym nie koniec. Po trzystu latach o. Stanisław doczekał się uroczystego potwierdzenia przez Kościół swojej świętości. Jego beatyfikacja jest danym nam "dla pokrzepienia serc" znakiem, że to nie natychmiastowy sukces jest miarą Bożego błogosławieństwa, ale wierne szukanie woli Bożej. Jest też znakiem, który każdy z nas może odnieść do swego własnego życia, z nadzieją, że i ono wyda zamierzony przez Boga owoc.

Mira Majdan