Kobieta z misją
Dwukrotne uzdrowienie Karoliny Wolff i Kampus św. Gerarda
Modlili się na ulicy od frontu. Szczerze mówiąc, nic innego nie dało się zrobić. Budynki
były w opłakanym stanie, ponure i odpychające, kojarzące się raczej z instytucją niż domem.
Zaniedbany teren porastały chwasty. Płoty chwiały się jak pijane, tam gdzie w ogóle udało im
się jeszcze dotrwać w pozycji pionowej. Brakowało personelu, wyposażenia, środków
finansowych. Była tylko garstka modlących się ludzi.
Na czele grupy stała Karolina Wolff, która była tam już wcześniej. Nie całkiem w tej
posiadłości, ale w jej okolicy - w miejscu, którego ogromne potrzeby mogły zostać
zaspokojone tylko przy wielkiej determinacji i miłości.
Nie spodziewała się, że spotka ją coś takiego. Wraz z mężem przeprowadzili się na
Florydę na emeryturze po latach ofiarnego, pełnego trudów życia. Wychowali pięcioro
własnych dzieci. Otworzyli swój dom dla co najmniej czterdzieściorga innych - "trudnych"
nastolatków, którzy mieli dość włóczenia się po ulicach, poszukujących bezpieczeństwa czy
po prostu chwili wytchnienia w spokojnym miejscu. Działali na rzecz lokalnego środowiska,
organizowali kuchnie dla ubogich, posługiwali jako świeccy misjonarze, wspierali
sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Pensylwanii - a jednocześnie z powodzeniem
kierowali własną firmą, uczyli w szkole i prowadzili treningi koszykówki.
Uzdrowienie z misją
Przyszedł wreszcie czas na emeryturę. Z pewnością należał im się zasłużony odpoczynek.
Jednak Pan miał inne plany. I jak to czynił już poprzednio, ogłosił je w sposób
niepozostawiający żadnych wątpliwości.
Karolina Wolff jest czcicielką Matki Bożej i w swojej pracy z nastolatkami czerpała
umocnienie z modlitwy różańcowej. Już przed laty, w swoim pękającym w szwach domu
w New Jersey, pełnym przyjaciół jej dorastających dzieci oraz rozmaitych znajdujących tam
schronienie znajomych, codziennie brała do ręki różaniec.
Stało się to jej codzienną praktyką po tym, jak zachorowała na raka nerki. Ani
chemioterapia, ani naświetlania, ani operacja nie okazały się skuteczne. Karolina leżała
w szpitalu przykuta do łóżka, z żółtaczką i zaburzeniami oddychania z powodu zapadu płuca.
Rokowania były beznadziejne; myślano już o jej pogrzebie. Wówczas, jak mówi Karolina,
objawiła się jej Najświętsza Maryja Panna, "Podniosła mnie i powiedziała:
"Mów o mnie swoim dzieciom"." W jednej chwili Karolina została uzdrowiona. Jak lubi
mawiać, było to - "uzdrowienie z misją".
Najpierw zaczęła mówić o Maryi swoim własnym dzieciom, zarówno słowami, jak też
poprzez codzienne odmawianie Różańca. Od tego czasu mówiła o Niej tysiącom ludzi we
wszystkich miejscach, gdzie mieszkała: w New Jersey, Pensylwanii, Dakocie Południowej, na
pustyniach południowego zachodu. I wreszcie na Florydzie, gdzie "przeszła na emeryturę".
Emerytura przyniosła jej coś, czego ani ona, ani jej mąż nie mieli w swoich planach -
kolejną chorobę, tym razem raka piersi. I znów Karolina została całkowicie uzdrowiona za
przyczyną Maryi. Było to kolejne uzdrowienie z misją i kolejne wezwanie do posługi. Odpo-
czynek? Będzie na to mnóstwo czasu w wieczności.
Wielkie plany, wielkie serca
Dziś Karolina energicznie przemierza tereny Kampusu św. Gerarda w miejscowości St.
Augustine na Florydzie. Ponure skupisko zrujnowanych budynków, przed którymi stała
prawie trzydzieści lat temu, przeszło gruntowny remont, co było niezwykle poważnym
przedsięwzięciem, gdyż naprawy wymagało praktycznie wszystko od podłóg aż po dach.
Wewnątrz, zamiast ciemnych, przytłaczających paneli imitujących drewno, są dziś ściany
w żywych, jasnych kolorach. W miejsce wytartego linoleum położono wykładziny. Obite
perkalem kanapy, wygodne krzesła, kwiaty w doniczkach i wazonach stwarzają ciepłą,
domową atmosferę. Karolina stworzyła dom w najbardziej rodzinnym znaczeniu tego słowa.
Kampus św. Gerarda jest bowiem domem samotnej matki, w którym znajdują schronienie
kobiety oczekujące dziecka, w większości nastolatki. Znalazły się tu na skutek gwałtu,
wykorzystywania, ignorancji czy po prostu błędnych wyborów życiowych. Powzięły jednak
mocne postanowienie, by nie dać się pokonać przeciwnościom. Przybyły do św. Gerarda nie
po to, aby ukryć się przed światem, ale by nauczyć się dawać sobie w nim radę - jeśli tak
trzeba, nawet jako samotne matki.
"Te dziewczyny są dla mnie bohaterkami" - mówi Karolina z widoczną i zrozumiałą
dumą. Musiały one zmierzyć się z trudnym pytaniem: - Ile warte jest życie człowieka? -
i odpowiedziały na nie, podejmując ofiarną i odważną decyzję. Postanowiły pokonać zniechę-
cenie, lęk i trudności związane z niezaplanowaną ciążą.
"Nastolatki mają wielkie serca" - wyjaśnia Karolina. Nie dają się zwieść pragnieniu
pieniędzy, samochodów czy stopni naukowych. Wiedzą, że samotne przyjęcie i wychowanie
dziecka ma swoją cenę, a jednak decydują się na to.
Przyszłość pełna nadziei
Cena życia - wartość dziecka -znana jest dobrze także samej Karolinie. Przed prawie
pięćdziesięcioma laty, dochodząc do siebie po operacji nerek, odkryła, że wraz z mężem
oczekują piątego dziecka. Lekarze ostrzegali ją, że próba donoszenia dziecka może zakończyć
się tragicznie, L doradzali usunięcie ciąży w celu ratowania życia. Odmówiła. Choć przebieg
ciąży był trudny, przeżyła zarówno ona, jak i jej mały synek. Dziś on sam jest ojcem czwórki
dzieci.
Karolina nauczyła się patrzeć w przyszłość i przewidywać takie rzeczy. Widzi nie tylko
nastolatkę w ciąży, ale dwoje przyszłych dorosłych, z których każde może zdziałać wiele
dobrego na świecie. Według niej młodzi ludzie mają odpowiedź na wiele problemów dzisiej-
szego świata. Wnoszą do niego swoją energię, serce, nieugiętego ducha. "Młodzi ludzie
działają - uśmiecha się - starzy jedynie dyskutują."
W założonym przez nią kampusie znajduje się szkoła średnia o uprawnieniach
państwowych, gdzie młode ciężarne matki mogą kontynuować naukę, zdobywając wiedzę,
która pozwoli im dać sobie radę w przyszłości. Zaznacza się tu tak charakterystyczne dla
Karoliny patrzenie w przyszłość - ukończenie szkoły nie jest celem samo w sobie, lecz
jedynie punktem wyjścia do tego, co będzie później - studiów, pracy zawodowej, dojrzałego
rodzicielstwa. Do tego wszystkiego jednak potrzebne jest ukończenie szkoły, do której
niektóre z dziewcząt uczęszczają ze śpiącym dzieckiem w ramionach.
Kluczem jest modlitwa
W Kampusie św. Gerarda funkcjonuje sprawdzony system całodobowej opieki nad
dziećmi, które przestały już być noworodkami. Kołyski, huśtawki i foteliki umożliwiają
najmłodszym spokojne zajmowanie się tym, czym zajmują się niemowlęta - spaniem
i rośnięciem - podczas gdy ich mamy rozwiązują równania, dokonują rozbioru zdań
i przeprowadzają doświadczenia naukowe. Raczkujące dzieci bawią się zabawkami na
kolorowych matach. Kilkulatki mają swoje przedszkole wyposażone w stoliki i krzesełka,
gry, pluszaki i zabawki edukacyjne.
Karolina, wraz z całym zespołem Kampusu św. Gerarda, czyni wszystko, aby młode
matki miały szansę odnieść sukces życiowy. W Kampusie może zamieszkać na stałe do ośmiu
matek, które nie mają gdzie się podziać. Dwie mieszkające tu na stałe gospodynie uczą
dziewczęta podstawowych prac domowych, takich jak gotowanie, sprzątanie czy pranie.
Ochotniczki z pobliskiego uniwersytetu zapoznają je z zasadami zdrowego żywienia. Św.
Gerard zapewnia również uczennicom - mieszkającym na stałe i dochodzącym, a także innym
zgłaszającym się młodym matkom w trudnej sytuacji - darmowe testy ciążowe i badania
USG; witaminy, ubranka, pieluszki i inne akcesoria dziecięce oraz pomoc medyczną, prawną
i edukacyjną?
Wszystko to, jak zapewnia Karolina, opiera się na modlitwie. To właśnie ona pomaga
młodym matkom przetrwać trudne chwile. Rozdzierające serce decyzje, czy zatrzymać
dziecko, czy oddać je do adopcji. Skomplikowane sprawy małżeńskie i rodzinne.
Niewiarygodnie trudne dni pod koniec roku szkolnego. Mała, cicha kaplica pozwala na
chwile wytchnienia od szkolnej rutyny, wrzasku niemowląt i dzwonka u drzwi, który odzywa
się mniej więcej czterdzieści razy dziennie, zwiastując przybycie kolejnych młodych
dziewcząt w potrzebie.
Co może uczynić Bóg
"Mów o mnie swoim dzieciom" - to polecenie Karolina wypełniła z nawiązką. Wciąż
pozostaje oddaną czcicielką Matki Bożej, której figury i obrazy zdobią półki i ściany
budynków Kampusu. Na tych samych ścianach znajdują się nagrody, wycinki prasowe,
dyplomy i listy dziękczynne. Jednak najbardziej uderza inny widzialny dowód wdzięczności -
ściany zasłonięte kiedyś tanimi, ciemnymi panelami zdobią dziś tysiące kolorowych zdjęć
matek i dzieci, które przewinęły się przez Kampus.
Karolina szacuje liczbę dzieci, których matki korzystały ze wsparcia Kampusu św.
Gerarda, na dwadzieścia siedem tysięcy. Niektóre z nich trafiły do rodzin adopcyjnych. Inne
miały zaszczyt uczestniczenia w ceremonii wręczenia ich matkom świadectw ukończenia
szkoły średniej. Matki te dążą teraz do osiągnięcia kolejnych życiowych celów - studiują,
zdobywają dyplom lekarza, prawnika; stają się kochającymi, mądrymi rodzicami; wychowują
dzieci, które także będą miały szansę odnieść sukces w życiu i uczynić coś dobrego dla
innych.
"Bóg jest zadziwiający" - mówi Karolina gościom zwiedzającym Kampus.
I rzeczywiście, to, czego jest On w stanie dokonać poprzez jedną osobę, która wytrwale modli
się i ufa - nawet gdyby wszystkie okoliczności wskazywały na to, że poniesie klęskę - jest zu-
pełnie nieprawdopodobne. Bóg może podnieść ledwie żywą kobietę ze szpitalnego łóżka.
Może dostarczyć środków do remontu rozpadających się budynków. Może odnowić życie
i przywrócić nadzieję zrozpaczonym.
Karolina mówi, że była świadkiem zbyt wielu uzdrowień, nawróceń, przemian
życiowych i osiągnięć, aby móc o nich wszystkich opowiedzieć. "Kiedyś napiszę książkę -
obiecuje - ale na razie nie mam czasu."
Na razie jej dni wypełnione są po brzegi: prowadzeniem Kampusu św. Gerarda,
zbieraniem funduszy, umieszczaniem dzieci w dobrych rodzinach, najlepiej od zaraz,
reagowaniem na dzwonek, i modlitwą.
Ann Bottenhorn