Najdroższy niedowiarek

Kochali się bardzo i byli przykładnym małżeństwem, a jednak dzieliło ich coś bardzo ważnego. Ona była głęboko wierząca, on walczył z Kościołem. Ona jeszcze za życia wzniosła się na wyżyny świątobliwego życia; on dopiero po jej śmierci nawrócił się i został... zakonnikiem.

Pobrali się w 1889 r., w Paryżu. 23-letnia Elżbieta Arrighi pochodziła z mieszczańskiej rodziny. Jej ojciec był adwokatem, urzędnikiem w paryskim sądzie. "Elżbieta otrzymała wychowanie chrześcijańskie, jakie otrzymują po większej części dzieci i córeczki z jej otoczenia, znała katechizm i była do pierwszej Komunii św. w swojej parafii, a dla wykształcenia uczęszczała na kurs dobrego prowadzenia się". Była wierząca i pobożna, ale przed poślubieniem Feliksa, kwestie religijne nie były w jej życiu sprawą pierwszoplanową i specjalnie się nimi nie przejmowała. Gdyby było inaczej, pewnie poważniej zastanowiłaby się nad ewentualnymi trudnościami życia z mężem-ateistą. Bowiem pięć lat starszy od niej doktor medycyny Feliks Leseur - pomimo wychowania "w rodzinie bardzo katolickiej" - był w chwili ślubu "zupełnie antyreligijny". "Po wyjściu z kolegium, zacząłem studiować medycynę i straciłem wkrótce uczucia chrześcijańskie - opisywał. Pod wpływem tej materialistycznej nauki, wzmocnionej namiętnościami, szybko szedłem do pogaństwa i ateizmu. (...) Karmiłem się wtedy wyłącznie wszelkimi przeciwnikami Kościoła i pisarzami modernistycznymi".
Stał się ateistą wojującym, jednym z liderów francuskiego ruchu antyklerykalnego i dziennikarzem antykościelnego czasopisma.

Miłość i szacunek

Feliks kochał i bardzo cenił swoją żonę. Doceniał jej nieprzeciętne walory umysłowe, towarzyskie i wszechstronne wykształcenie, uznawał Elżbietę za porywającą pod względem wyglądu zewnętrznego, dystyngowaną, uprzejmą, grzeczną, wiecznie uśmiechniętą i przyjemną, stawiającą zawsze na pierwszym miejscu uczucia rodzinne. Ona uważała go za wspaniałego, kochającego małżonka. Nie mieli dzieci, choć Elżbieta "życzyła sobie tego bardzo i brak ich był dla niej wielkim zmartwieniem".

Wiara obroniona

Po pewnym czasie różnice religijne okazały się sprawą niezmiernie ważną. "Z chwilą małżeństwa - pisał Feliks - byłem zmuszony szanować wierzenia mej żony i pozwalać jej swobodnie je praktykować. Ale nagle, z niecierpliwością, zacząłem znosić przy boku swoim inne przekonania od moich negacji, a że neutralność w religii jest oszukiwaniem się, tak w stosunkach prywatnych, jak i publicznych, wziąłem Elżbietę jako przedmiot mojej żarliwości religijnej. Zacząłem atakować jej wierzenia, starałem się ją ich pozbawić".
W ósmym roku małżeństwa - chcąc stopniowo rozwiać "przesądy" żony i "odciągnąć od zachowywania obowiązków religijnych" - zaczął podsuwać jej lektury różnorakich wolnomyślicieli i wrogów Kościoła. Lektury te sprawiły, że Elżbieta zaczęła przeżywać duchowy kryzys, jako że jej wiara nie była jeszcze na tyle ugruntowana, żeby to podważanie nie zasiało w umyśle kobiety poważnych wątpliwości. W sukurs przyszedł jej wtedy.... Ernst Renan i jego antykościelna "Historia początków chrześcijaństwa". "Dzieło, na które liczyłem, że będzie zaczątkiem mej przeklętej pracy, ono to właśnie spowodowało jej upadek" - stwierdził Feliks. Dzięki bowiem Rena-nowi Elżbieta "wzięła się do uzupełnienia swej nauki religii". "Nie dała się zwieść czarodziejską formą i, przeciwnie, uderzył ją brak podstawy: ciągła chwiejność, hipotezy walczące ze sobą, a często sprzeczne, brak szczerości, które spotyka się na każdym miejscu tego dzieła". Od tego czasu z roku na rok wzrastała w wierze. "Ciągle wiele czytała - pisze Feliks. (...) Przeciwstawiała mojej bibliotece antychrześcijańskiej bibliotekę, złożoną z wielkich nauczycieli myśli katolickiej, Ojców, Doktorów, mistyków: św. Hieronima, św. Tomasza z Akwinu, św. Franciszka Salezego, św. Teresy itd. Czytała często, ciągle na nowo odczytywała Nowy Testament; Ewangelie, Akta apostolskie, Listy; nie było dnia, żeby nie rozmyślała nad jakiem miejscem z nich wyjętem. W ten sposób nabyła wiarę stałą i rozumową".

Każdego dnia bliżej Boga

Po przezwyciężeniu krótkotrwałego religijnego kryzysu, Elżbieta zaczęła intensywnie pracować nad sobą (przez wiele lat sama jedna, potem - od 1903 r. - mając do pomocy zaprzyjaźnionego dominikanina, a od 1910 - przyjaźniąc się także z pewną zakonnicą), modlić się, rozmyślać, umartwiać i kiedy tylko mogła przystępować do Sakramentów świętych. Nie myśląc o sobie, poświęcała się dla innych (m.in. ufundowała pomieszczenie dla rodzin robotników, działała w Katolickiej Unii Ludowej zajmującej się biednymi rodzinami i w Apostolstwie Eucharystycznym). Modlitwę, cierpienie i pracę pragnęła poświęcić rozszerzaniu Królestwa Bożego na świecie i w duszach.

Życie wśród ateistów

Feliks, który w tym czasie zajmował się polityką zagraniczną i kolonialną, pisywał i współpracował z wpływowymi dziennikami lewicowymi i antyklerykalnymi, nie ułatwiał jej życia zgodnego z wiarą. Czując "skryty gniew", że jego wysiłki nie odniosły spodziewanego skutku "podwoił krytykę, polemikę i żarty". Na dodatek większość ludzi, z którymi małżonkowie utrzymywali kontakty była indyferentna albo wroga w stosunku do religii i Elż- bieta często była narażona na odbywanie nieprzyjemnych rozmów oraz odpieranie zarzutów przeciwko Kościołowi. Całym sercem zaangażowała się wówczas w nawracanie niewierzących, uznając w tym swoje szczególne przeznaczenie i łaskę od Boga.
Jej główną "bronią" stał się dobry przykład, dawanie świadectwa życia przenikniętego Bożym światłem, okazywanie miłości, rozmowa, a przede wszystkim gorąca modlitwa. Codziennie błagała Boga o "światło i prawdziwe życie, życie wewnętrzne duszy", o "przekształcenie i życie" dla wszystkich "drogich niedowiarków", których kochała, a w szczególności dla tego, "którego więcej kochała od innych" - dla Feliksa.

Cel: zbawienie braci

Przykazanie miłości bliźniego było dla niej najwyższym prawem. "Wszyscy mają prawo do naszej miłości, wszyscy winni być nam braćmi" - twierdziła. Pragnęła rozwijać się wewnętrznie, nabywać cnoty, by stać się lepszym Bożym "robotnikiem", przyjmować cierpienia, zwracać się do wszystkich ze "stałą i czułą sympatią". "Rozwiewać przesądy, wskazywać Boga i dać Go odczuwać bez mówienia o Nim" - postanawiała w "Dzienniku". Odnosiła się z wielką czcią do każdego ludzkiego sumienia, nie chcąc go w niczym urażać, a jednocześnie nie ustępując nigdy od tego co "uważamy za prawdę i obowiązek". Brzydziła się obmową i salonowymi plotkami. Prowadząc niezwykle obfitą korespondencję, stała się dla wielu kierowniczką dusz.

Mąż na miejscu pierwszym

Po obowiązkach wobec Boga, za najważniejsze uznawała obowiązki wobec męża. W nakreślonej samej sobie pod koniec 1906 r. "Regule życia" postanawiała, m.in. "Najpierw obowiązki względem swego drogiego męża: czułość, która nawet nie ma zasługi obowiązku, stała troska być mu pożyteczną i przyjemną. Przede wszystkiem zachowywać wielką rezerwę we wszystkiem, co tyczy spraw wiary, które są u niego pokryte zasłoną. (...) opowiadać Boga bez wymawiania Jego Imienia, oto, zdaje mi się, jedyna forma, jaką może przybrać moje pragnienie nawrócenia i uświęcenia drogiego towarzysza życia mego ukochanego Feliksa". W swoich postanowieniach nie zapomniała również o swojej dalszej rodzinie, dla której starała się hojnie otwierać swój umysł i swoje domowe ognisko.

Wiara na cierpieniu ugruntowana

Cieniem na małżeńskim życiu Leseurów kładła się choroba Elżbiety i związane z nią cierpienie. Ale to właśnie na owym cierpieniu - zdaniem Feliksa - Bóg ugruntował jej wiarę. Elżbieta - od młodości cierpiąca na hepatyzm - chorowała niemal od początku małżeństwa. Zaledwie miesiąc po ślubie "cierpienie nadzwyczaj ciężkie o mało ją nie zabiło". Z roku na rok jej choroba stopniowo się pogłębiała. Mogła wprawdzie odbywać wraz z mężem długie podróże (do krajów Europy Zachodniej, Rosji i najważniejszą dla niej podróż do Rzymu w 1903 r., w czasie której przeżyła mistyczne objawienie obecności Boga), ale ból nieustannie jej towarzyszył. Choć nie dawała tego po sobie poznać, cierpiała bardzo i stopniowo zaczęta odrywać się od świata. Pod koniec życia - od 1908 r. - spełniając "obowiązki stanu" nadal z uśmiechem na ustach przyjmowała "światowych gości", choć wizyty te - jak uznał mąż - "stanowiły dla jej duszy prawdziwe i dotkliwe umartwienie". W 1911 r. przebyła ciężką operację a dwa lata później "chwyciła ją ostatnia choroba [rak piersi - przyp. hb], która ją miała powalić".
Z cierpieniami ciała łączyły się cierpienia serca - Elżbieta pożegnała w swoim życiu wiele drogich sobie osób - nagle zmarłą dwunastoletnią siostrę, zabitego przez grypę ojca, siedmioletniego bratanka, drugą siostrę, wielu przyjaciół i kilka przyjaciółek. Wszystkie te cierpienia pobożna kobieta ofiarowała Bogu za ukochanych przez siebie ludzi.

Podziw i sympatia

Heroizm jaki Elżbieta okazywała w cierpieniach sprawił, że człowiek, który wcześniej otwarcie deklarował swoją "nienawiść do Boga" przestał atakować jej wiarę. "Podziwiałem bez znudzenia tę siłę moralną wśród prawdziwego męczeństwa" - stwierdził. Co więcej Feliks pojechał wraz z żoną do Lourdes, gdzie niezatarte wrażenie wywarła na nim modlitwa żony w grocie. To co zobaczył - z ukrycia się jej przyglądając - przypominało ekstazę. W domu na twarzy leżącej na łożu śmierci żony zaskoczył go widok "niematerialnej piękności", "szczęśliwości" i "pogody nie z tego świata", stanowiącej dowód, że życie "zmienia się, nie kończy".

Odkrycie

Kiedy w 1914 r. Elżbieta zmarła, Feliks miał 53 lata. To właśnie wtedy - planując napisać książkę wyśmiewającą katolicką wiarę w objawienia i cuda dokonujące się w Lourdes - dokonał największego w swym życiu odkrycia. Gdy "wszystko wokół niego zdawało się walić", siostra żony wskazała mu skrytkę w biurku, w której Elżbieta przechowywała swój "Dziennik" i inne swoje pisma. Feliks zajrzał do skrytki i wyjął z niej kilka zapisanych zeszytów. Po zapoznaniu się z nimi przeżył wielki wstrząs. Dopiero wtedy dostrzegł kim naprawdę była jego żona, na jakie wyżyny wzniosło się jej duchowe życie. Objawiła mu się nagle głęboko religijna kobieta, która nie tylko bardzo go kochała, ale która codziennie prosiła Boga, by dał jej "radość niezmierną zupełnego złączenia się duszy" z nim "przez tę samą wiarę". Feliks dowiedział się, że głównie w tej intencji ofiarowała swoje modlitwy i cierpienia. Jednak największe wrażenie uczyniła na nim konstatacja, że przed operacją Elżbieta ofiarowała Bogu swe życie za jego powrót do wiary. Uderzyła go też jej - wyrażona także jeszcze za życia - pewność, że po "opłaceniu życiem" tej ceny, on dostąpi łaski nawrócenia.

Spełnione proroctwo

Lektura pism żony sprawiła, że Feliksowi "otworzyły się oczy duszy", że narodziło się w nim "pragnienie poznania katolicyzmu". Skorzystał wtedy z jej biblioteki, zaczął się modlić, wyleczył się ze "wszystkich dawnych negacji" i nie tylko odzyskał wiarę, ale - dzięki Opatrzności Bożej, poznając pewnego pobożnego polityka - w 1915 r. wyspowiadał się i pojednał z Kościołem, a cztery lata później - za zezwoleniem samego Ojca Świętego - wstąpił do dominikanów. Mając 62 lata przyjął święcenia kapłańskie. Opublikował również wszystkie pozostawione przez żonę zapiski i - spłacając zaciągnięty wobec niej dług - zaczął propagować na całym świecie kult jej osoby.
Elżbieta w pozostawionym dla Feliksa "Testamencie duchowym" proroczo napisała: "Kiedy ty także staniesz się Jego dzieckiem, uczniem Chrystusa i członkiem żywym Kościoła, poświęć swe istnienie, przemienione łaską na modlitwę i dar z siebie w miłości bliźniego. Bądź chrześcijaninem, bądź apostołem (...) U Boga, gdzie już inne drogie nam istoty nas oczekują, na wieki się kiedyś złączymy".
Feliks, który przeżył w małżeństwie 25 lat, a w kapłaństwie lat 27, zmarł w 1950 r. W jego celi znaleziono tylko dwie rzeczy - brewiarz i różaniec.

Henryk Bejda
Źródło Nr 31/2008